— Chciałem zapytać, proszę pana, jak daleko posunął się pan w swojej wielkiej pracy? — zapytał Adaś nieśmiało.
Matematyk zmarszczył boskie czoło, podniósł w górę brwi i pogładził brodę. Milczał przez długą chwilę, patrząc podejrzliwie.
— Na co potrzebna ci jest ta dziwna wiadomość?
— Mam swoje racje… W związku z tym włamaniem, proszę pana.
— Rozumiem cię. Nie spotkałem jeszcze tak mądrego jak ty chłopca, co jest tym dziwniejsze, że jesteś uczniem pewnego historyka… Nomina sunt odiosa. Mądrej głowie dość dwie słowie… i odpowiem ci: sam też jestem zdania, że cała ta sprawa toczy się dokoła mojej osoby. Jest to raczej pewne niż prawdopodobne… Rzezimieszek grubo by się jednak zawiódł, i to z dwóch powodów: dlatego po pierwsze, że potrwa to dobrych kilka lat, zanim dotrę do kresu, a po drugie, dlatego że od czasu tych podejrzanych awantur przepisałem moje obliczenia szyfrem, a rękopisy spaliłem… Cha, cha! Wyborne, co?
„Zgubiony trop…” — pomyślał Adaś smętnie.
— Przychodźcie, panowie rzezimieszki! — ryczał matematyk. — Połamiecie sobie zęby… Cha, cha! Ale za pozwoleniem… Czemu, miły kawalerze, nosisz na głowie biały zawój jak indyjski maharadża?
— Przecież rozbili mi głowę — bąknął zdumiony Adaś.
— Rozbili ci głowę? Ach, prawda! Coś sobie przypominam… Taki jednakże mam młyn w mózgu, że zapominam o drobnych zdarzeniach. Niedawno zauważyłem, że moja żona ma katar, chociaż ma już go od trzech dni.
„Od siedmiu lat” — pomyślał Adaś, ale nic nie powiedział.
Broda wyszła, a za nią podreptał matematyk, jak gdyby jej nie mógł dogonić.
Adaś, leżąc w pokracznym fotelu, znudzony jak wieczność, oddał się nowym rozmyślaniom, gdy wszedł profesor.
— Znowu rozmyślasz w samotności?
— Niczego innego nie robię, panie profesorze. A to najgorsze, że niczego nie wymyśliłem. Aj, panie profesorze! Chciałem o coś zapytać.
— Pytaj, chłopcze.
— Czy w rodzinie pana profesora nie było nigdy żadnego Francuza?
— Francuza? A skądże by się wśród nas wziął Francuz?
— Może kiedyś jakiś Francuz ożenił się z Gąsowską… Może jakiś Gąsowski…
Staruszek machnął ręką.
— Nigdy się to nie zdarzyło.
— A może się zdarzyło, tylko pan profesor o tym nie wie?
— Rzecz jest niemożliwa. Znam dobrze drzewo naszego rodu; kazał je przed wielu laty sporządzić mój pradziadek, ten sam, co ufundował tę rodzinną galerię.
— Jak to? Więc te portrety nie pochodzą ze swoich czasów?
— Broń Boże! Zostały namalowane w czambuł w roku tysiącznym siedemsetnym osiemdziesiątym szóstym albo siódmym. Mój przodek spotkał w Wilnie na jarmarku malarza, zabrał go tutaj, do Bejgoły, a malarz przez rok pacykował te fizjonomie. Dziadek opowiadał na chybi-trafi, jak który przodek ma wyglądać, i jednemu dawał w prezencie brodawkę, innemu zezowate oczy, a temu oto straszliwcowi tę piekielną brodę.
— Nadzwyczajne!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.