— Jasny dzień nie sprzyja podobnym sprawom. O zachodzie słońca poproszę panów, aby zechcieli udać się ze mną. Panie, niestety, będą musiały pozostać. Czeka nas robota gruba i ciężka.
Rzuciwszy rozpaloną pochodnię w łatwopalną słomę wyobraźni, skłonił się wdzięcznie i mrugnąwszy lewym okiem na adiutanta, Staszka Burskiego, zniknął z pola widzenia. Powiódł przyjaciela do swojej izdebki na tajną naradę.
— Widziałeś coś? — zapytał cicho.
— Patrzyłem za każdy krzak i za każde drzewo, ale nikogo nie widziałem.
— Nadaremnie zrywałem sobie gardło — mówił Adaś w zamyśleniu. — Do wieczoru jednak daleko… Jak myślisz? Czy wiedzą już, że tu jesteśmy?
— Trudno na to odpowiedzieć. Nasza warta w obozie też niczego nie zauważyła, ale to nie jest żaden dowód. Jestem pewny, że jeżeli dotąd nas nie wyśledzili, wyśledzą nas w najbliższym czasie. To nie jest wielka sztuka… Uf! Ale jestem śpiący!
— Ja też. Noc była pracowita… Spać jednak nie będę, bo mam pełną głowę i muszę myśleć. Ty możesz się przespać, ale śpij z otwartymi oczami.
— To dobre dla zająca! — westchnął Staszek. — Dokąd się wybierasz?
— Znikam, bo mi będziesz chrapaniem przeszkadzał w zamyśleniu.
Adaś znikł dlatego przede wszystkim, że nie mógł spokojnie usiedzieć. Przygotowywał „wielką scenę”, w zawiłym i mrocznym dramacie na wiele się ważąc. Trzeba mu było dla tej sceny romantycznego oświetlenia: tajemniczego mroku i ogromnych cieniów, więc czekał wieczora. Przekonany był, że obmyślił wszystko i że wszystko przewidział, wciąż jednak powracał myślą do tego, co się ma rozegrać, zatrwożony, że mógł w podnieceniu przeoczyć coś, co zepsuje cały dramat.
Dzień mu się dłużył okropnie. Patrzyli na niego wszyscy jak na czarodzieja, lecz nikt już o nic nie pytał. Ciekawość płonęła we wszystkich oczach, tak że każda z osób zebranych w Bejgole mogłaby spojrzeniem podpalić skład prochu. Jedynie we wzroku profesora tliła się — obok ciekawości — odrobina żalu, że wierny jego druh i towarzysz awantury nie powierzył mu tajemnicy.
Wreszcie słońce — „oko dnia pięknego” — zaczęło zachodzić srebrzystą mgłą, potem czerwienieć i gasnąć. Wietrzyk zaszemrał w listowiu. Wieczór zaczął padać jak czarny śnieg.
Zamyślony Adaś ożywił się jak wódz, co odpoczywał przed bitwą, a teraz ducha natęża i pręży. Zgromadziwszy wszystkich, oznajmił sucho i twardo:
— Idziemy na wyprawę… Pan Gąsowski weźmie rydel, pan profesor łopatę.
— Wezmę łopatę! — nie wiadomo dlaczego oświadczył profesor.
— Burski poniesie latarnię, lecz niech jej teraz nie zapala, aż mu dam znak. Ja będę szukał drogi… Potem porobię obliczenia… Proszę o ciszę i spokój! Rozmawiać nie wolno! Pójdziemy w rozsypce, aby gromadą nie zwracać uwagi. Ja idę pierwszy, Burski na samym końcu. Nie! Jeszcze nie możemy pójść. Pan profesor musi zmienić strój!
— Czemu?
— Nie można być odzianym biało, skoro się idzie na nocną wyprawę. Pana profesora można by w tym białym odzieniu dojrzeć wśród najgłębszej ciemności.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.