— Gdybym wiedział, o co idzie, panie profesorze… Czy pan profesor naprawdę ma jakąś wielką zgryzotę?
— Bardzo wielką, bardzo wielką! — odrzekł staruszek, trąc ręką czoło. — Gdybyś mi jednak chciał pomóc, musiałbyś pojechać na wieś… Przepraszam, jak ci na imię?
— Adam.
— Prawda, już mi to mówiłeś parokrotnie… Otóż, kochany Adamie, przyjechała do mnie onegdaj moja bratanica, koza… To znaczy: nie koza we właściwym znaczeniu tego słowa, lecz usposobieniem żywo przypominająca kozę. Zawsze po mnie przyjeżdża, aby mnie zabrać na wieś, raz mi się bowiem zdarzyło, do dziś nie wiem dlaczego, że zamiast do mojego brata, zajechałem do jakichś obcych ludzi o sto kilometrów na wschód od ojczystej siedziby mego rodu. Zwyczajna ludzka pomyłka… Otóż ta moja bratanica przywiozła smutne wieści… Jakieś tajemnicze niebezpieczeństwo zawisło nad moim rodem. Pomyślałem sobie: „Pójdę do tego piekielnika — nie gniewaj się, ale tak mi się jakoś pomyślało! — a on jeden mi poradzi”. I dlatego tutaj jestem… Dziwnego zaufania nabrałem do ciebie, kochany Piotrusiu…
— Adamie, panie profesorze…
— Prawda! Adamie… Skoro jednakże wzywa cię morze, odejdę z rozpaczą.
Adaś, patrząc na beznadziejnie smutne oblicze najzacniejszego profesora, rozmyślał gwałtownie. Serdecznie było mu żal starowiny. Być może, że „bratanica-koza” jakieś urojenie uważa za nieszczęście, z wszelką jednakże pewnością zmartwienie profesora nie jest urojeniem. Wprawdzie Adasia „wzywa morze”, jak szumnie powiada profesor, ale morze nie zając. Nie ucieknie. Należy się zastanowić. Nad morzem, poza doskonałą sposobnością do utonięcia, nie zdarzy się żadna awantura, tymczasem ta nieznana mu jeszcze historia pachnie awanturą jak łąka sianem. Dzisiaj jest wtorek, a do czwartku ma czas do namysłu. Miłuje tego uroczego staruszka, nie mówiąc nawet o tym, że omal nie wyrządził mu wielkiej przykrości. Trzeba by się zastanowić, pomówić z ojcem, zapoznać się ze szczegółami „nieszczęścia”.
— Panie profesorze! — mówił Adaś, sącząc powoli słowa. — Bardzo wątpię, czy mógłbym się na co przydać, ale strasznie bym nie chciał, aby pan profesor odszedł smutny. W tej chwili nie mogę niczego obiecać, ale kto wie, czy po rozmowie z rodzicami…
— Adamie! — zakrzyknął pan profesor, ujrzawszy skrawek nadziei jak rąbek księżyca na niebie.
— Czy pan profesor pozwoli mi odwiedzić się dzisiaj po południu?
— We dnie i w nocy, kiedy zechcesz.
— A koza będzie?
— Jaka koza? — ze szczerym zdumieniem zapytał profesor.
— Bratanica pana profesora…
— Aha! Będzie, będzie. W tej chwili lata po mieście jak kot z pęcherzem i ogląda fatałaszki. Nie rozumiem tej namiętności, któż jednak zdołał kiedykolwiek pojąć kobietę? Napoleon był geniuszem, ale z babami nie umiał sobie dać rady. Więc mogę mieć nadzieję?
— Wszystko uczynię, panie profesorze, i jeśli tylko będzie możliwe…
Źródło tekstu: Wolne Lektury.