Och, Adamie! Nie jesteś w tej chwili mądrzejszy niż praojciec Adam w pierwszym dniu stworzenia. Tylko że w raju nie pachniało skisłą kapustą, a tu straszliwie pachnie… A może to nie kapusta? Może to moja kapuściana głowa? Zaraz… zaraz… Jak to mówią u Moliera? Nie mogę sobie przypomnieć… Ten Francuz by wiedział, ale śpi… Pomyślałby, że oszalałem ze strachu, gdybym zaczął mówić o Molierze… Ach, już wiem: »A lichoż mi kazało na ten statek włazić!« Przygoda — piękna rzecz! Wyborna rzecz! Pod warunkiem, że bandyci są uprzejmi i nie rwą się do duszenia. Będę miał dość przygód na długi czas… I ja, i ten biedaczysko, Francuz… To jakaś pomylona okolica, w której się dzieją przedziwne awantury. Gilewicze wiedli boje z Niemczewskimi o kawał starego żelaza, a Gąsowscy mają utrapienie ze skarbem”.
W tej chwili Francuz westchnął ciężko i boleśnie.
„Pewnie mu się przyśniła Francja… Nieszczęśliwa figura! Ja siedzę tu zaledwie parę godzin i mam dość, a on siedzi ze trzy dni. Dobrze, że głos ludzki usłyszał… Która to może być godzina? Myślę, że już południe… Do nocy daleko, a noc będzie zajmująca”.
Zajmował umysł dziesiątkami pytań, na które szukał odpowiedzi. Wreszcie i to go znużyło, więc się skulił jak młody psiak i trwał w bezmyślnej nieruchomości. Odrętwiał na młodym ciele i na młodej duszy. Miał wrażenie, że wolna jego dusza wyleciała na boży świat przez szparkę pod drzwiami, a on został — sierota! — na wszystko nieczuły. Nie słyszał nawet sennych westchnień towarzysza.
Jakieś zmącone głosy obudziły go z odrętwienia: wielkie, jednostajne szumy, po których — jak po moście — dudniły zwaliste, potężne poryki.
Otrząsnął z siebie resztki snu na jawie i spojrzał przytomniej w stronę drzwi.
„Światło zgasło? — pomyślał. — Co to się dzieje?”
Szpara pod drzwiami rozbłysła nagłym, oślepiającym blaskiem, a zaraz potem głuchy grzmot oznajmił się światu, jak lew oznajmia rykiem, że wychodzi na łowy.
„Burza… Zdaje się, że grad wali o drzwi… Czy to tak od burzy pociemniało, czy też zapadł już wieczór?”
— Co się stało? — zapytał Francuz.
— Pioruny biją… Żadnemu jednak nie przyjdzie na myśl, aby rozwalić te przeklęte drzwi. Jakaś straszna burza… Cieszmy się jednakże! Mamy dach nad głową.
Zaczęli nasłuchiwać szumnych, jednostajnych pogłosów, z których od czasu do czasu wystrzelał piorun ognistą fontanną. Ulewa musiała być niezwykła, gdyż nawet w tej podziemnej, zacisznej kryjówce słychać było ogromne jej pluskanie. Znowu błysnęło potężnie.
— Oho! — zawołał Adaś strwożony. — Będzie nam mokro… Woda podpływa szczeliną pod drzwiami.
Zaczęła się sączyć najpierw cienkimi strużkami, jakby ktoś sobie rzewnie popłakiwał, potem coraz pośpieszniej i obficiej. Uczynił się z niej mały ponik, co zaczął kaskadą toczyć się po schodach i rozlał się po ubitej ziemi w lochu.
— Jeszcze tego tylko brakowało… — mruknął Adaś. — Panie! — zawołał. — Woda nas zalewa!
— Nic nie czuję — odrzekł Francuz.
— Bo pan leży w kącie! Zaraz pan poczuje! Ależ leje!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.