— W takim razie, gdzie jest zawiniątko, które niósł spod Moskwy? Zapytany o nie przez pańskiego pradziadka — skłamał. Dlaczego skłamał? A dlaczego wymykał się nocami z domu, chociaż bezsilny i chory?
Zamyślili się wszyscy, rozważając, co się mogło stać z zawiniątkiem. Rozmyślanie było w owym dniu ciężką pracą, gdyż upał lał się z nieba ciężką, srebrzystą strugą. Nawet w cienistym parku, w którym odbywali naradę, było gorąco.
Ciszę przerwał turkot wózka.
— Ktoś zajechał przed dom! — oznajmiła Wandzia.
— Francuz! — zawołał z najwyższym zdumieniem pan profesor.
„Francuz” jednakże zakrzyknął po polsku w stronę domu:
— Panie Gąsowski! Moje uszanowanie!
Adaś spojrzał ponuro.
— Czy państwo znają tego pana? — zapytał.
— Nie. Jakiś obcy…
— Czegóż on tutaj chce? Nie dowierzajmy obcym ludziom… Pójdźmy przyjrzeć mu się z bliska.
Przybysz z trudem wygramolił się z wózka, widać było bowiem, że jest znużony drogą, pełną upału i kurzu.
— Czy pan Gąsowski jest w domu? — zapytał uprzejmie, podnosząc rękę do kapelusza.
— Zdaje się, że go nie ma, bo niedawno poszedł w stronę lasu — odrzekła Wandzia.
— Poczekam! — oznajmił krótko przybysz.
Widać było, że coś go ubawiło, bo ze źle ukrywanym uśmieszkiem spojrzał na trzy oblicza, ponuro na niego spoglądające.
— Nigdzie mnie, proszę państwa, nie witają kantatą — rzekł im dobrodusznie. — Ale nie taki diabeł straszny… Czy mogę spocząć na ganeczku? Proszę mnie nie pilnować — dodał z głośnym śmiechem — bo nie zabiorę drzwi…
Pan profesor zatrząsł się i zapytał zduszonym głosem:
— Drzwi?! Pan, zdaje się, mówił coś o drzwiach… Co pana obchodzą drzwi? Piotrusiu, czujność, baczność! — dodał szeptem. — Jeszcze jeden!
— Drzwi nie obchodzą mnie wcale — odrzekł przybysz wesoło zdumiony. — Przynajmniej bardzo rzadko… Czasem muszę przybić na nich groźny papier. Mnie, proszę państwa, obchodzą konie, krowy, świnie i zboże. Prawdę mówiąc, przyjechałem, aby obejrzeć żywy i martwy inwentarz.
— Czy pan jest kupcem? — zapytał Adaś, spoglądając podejrzliwie.
— Jestem złym kupcem, młody panie… Zdaje mi się jednakże, że ta śliczna panienka widziała mnie tu już nie raz jeden… Jeśli się nie mylę: panna Wanda?
— Pan komornik! — zawołała cicho Wandzia, bacznie mu się przyjrzawszy.
— Do usług… — rzekł przybysz z wdzięcznym ukłonem.
Trzy serca jęknęły w jednej molowej tonacji.
— Mamie znowu zrobi się słabo! — szepnęła dziewczyna i wbiegła do domu.
Domniemany zbójca oznajmił strapionemu panu profesorowi, że Bejgoła znajduje się u schyłku. Na mająteczku więcej wisi długów niż suszących się na płocie płacht; wedle pobieżnego obliczenia z żywego inwentarza można ocalić jedynie muchy wewnątrz domu i motyle na łąkach.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.