lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 96

Adaś szedł miedzami pól „malowanych zbożem rozmaitem”, już dostatnio dojrzałym i złotym, groblami stawów, sennych i srebrzyście łuszczących się w jaskrawym blasku słońca, przez rzadkie laski brzozowe, pełne wykrotów, nalanych bagnistą wodą. Czasem zerwał się sprzed jego stóp zając-idiota, wielce nastroszony, i zapadał w kotlinie, aby znowu zasnąć lekkim snem, pełnym widm, kosmatych i szczekających.
Około południa usłyszał splątane krzyki i nawoływania. Orkiestra była diabelska i gdyby w pobliżu znajdował się cmentarz, ten i ów nieboszczyk, spać w tym zgiełku nie mogąc, byłby zabrał trumnę i przeniósł się w spokojniejszą okolicę. Nad śliczną wodą odprawiała krzykliwe igrzyska liczna banda urwipołciów pod przewodem zuchowatej dziewczyny-jenerała. Szczególnie śmieszny był długonogi jakiś dryblas, piegowaty jak indycze jajo. Po dwóch stronach wody bieliły się dwa obszerne domy, a jeden z nich dźwigał na sobie garb niewysokiej wieży.
Banda, ujrzawszy przybysza, umilkła, co pozwoliło ogłuchłemu światu odetchnąć na krótką chwilę.
— Czuwaj! — zawołał Adaś.
— Czuwaj! — odkrzyknęli mołojcy i otoczyli go kołem.
— Czy wolno mi tu odpocząć?
— Bardzo prosimy! — rzekła z uśmiechem dziewczyna. — Skąd prowadzą bogowie?
— Ani bogowie tego nie wiedzą, ani ja nie wiem — zaśmiał się Adaś. — Jestem taki Marek, co idzie na jarmarek. Chodzę, aby nie siedzieć.
Panna-jenerał skinęła przyjaźnie głową na znak, że jeszcze jeden wesoły rzezimieszek przyda się na tym radosnym świecie. Adaś oznajmił, że się zwie Cisowski, co zapewne nikomu nie będzie wadziło, więc i oni wymienili z kolei swoje nazwiska.
— Niemczewscy?… Gilewicz?… Kropka?… — zdumiał się Adaś. — Zaraz, zaraz. Coś mi się zdaje, szlachetni mężowie, i ty, dostojna pani, że ja już gdzieś słyszałem te świetne nazwiska, kiedyś i teraz, bardzo niedawno… Za pozwoleniem! Czy ten dwór na prawo to Głodowce, a ten na lewo — Wiliszki?
— Tak jest! — rzekła panna z odrapanymi kolanami. — Wszystkie te nazwiska zna pan zapewne z książki Makuszyńskiego Złamany miecz.
— Prawda! — zawołał Adaś.
— Użył sobie na nas pan Makuszyński, użył… — mówiła panienka. — Powypisywał nieprawdopodobne historie o naszych rodach.
— Więc to wszystko nieprawda?
— Trochę prawdy w tym jest, ale po co zaraz o tym pisać? Od roku wszyscy się z nas śmieją… Żebyśmy go tak dostali w swoje ręce!
— Niech go Bóg strzeże! — zaśmiał się Adaś. — Ile was tu jest?
— Siedmioro! — z dumą rzekła panienka.
— Za pozwoleniem — rzekł żywo Adaś. — Czy tu gdzieś w okolicy nie mieszkają państwo Gąsowscy?
— Owszem. Niedaleko stąd. Kolega ich zna?
— Słyszałem o nich. Jest tam jakaś panna, podobno śliczna?
— E, zaraz śliczna! Podobna do ludzi, ale nic nadzwyczajnego. Nigdy tu u nas nie była, bo zadziera nosa. I jakiś sztubak podobno przyjechał do nich na wakacje… Ignaś widział go na stacji i mówi, że to hebes.
— A co to znaczy „hebes”?
— W dzień małpa, a w nocy kretyn. Zresztą niech go kaczka kopnie! Kolega zje u nas obiad?
— Jeżeli będzie można…
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia