Dziewczyna patrzyła na Adasia niedowierzającym wzrokiem. Gdyby cisza potrwała chwilę dłużej, byłoby można usłyszeć, jak jego serce, tknięte fiołkowym spojrzeniem, rozpoczyna nową serię skocznych pląsów.
— Istotnie — mówiła panna Wanda — wyniesiono dwa skrzydła drzwi z pokoju mojej matki. Nazajutrz znaleziono je w odległym kącie parku, zupełnie odarte z białej farby. Skąd panu przyszło na myśl, że właśnie taką obłąkaną popełniono kradzież?
— Francuz oglądał przecie tylko drzwi… — rzekł Adaś.
Pan profesor uderzył się w czoło, jak gdyby śmiałym gestem chciał zakatrupić muchę.
— Prawda!… — zawołał. — A po cóż on je oglądał?
— Tego nie wiem… W domu państwa muszą istnieć jakieś ważne drzwi. Ktoś je najpierw badał, myśląc, że mu samo oglądanie wystarczy, a ponieważ nie wystarczyło, więc je zabrał. Najpierw jedne, potem będzie usiłował zabrać drugie i dziesiąte. Kiedy pani wyjechała z domu?
— Przed czterema dniami…
— Nie może pani wiedzieć, czy się tam nie zdarzyło coś nowego, a jednak mogło się zdarzyć. Czy nie miała pani listu?
— Nie.
— Wandeczko! — rzekł z wyrzutem profesor. — Czemu nie mówisz prawdy?
Twarz dziewczyny przybrała barwę zgoła kardynalskiej purpury.
— Jak stryj — powiedziała ceremonialnie „stryj”, nie jak dotąd „stryjaszek” — może mówić coś podobnego? — A powiedziała takim głosem, że gdyby patriarcha Mojżesz uderzył w ten głos laską, wytrysnąłby z niego strumień łez.
— Nie otrzymałaś listu? — zdumiał się profesor. — Przecie dałem ci go dzisiaj rano!
— Za pozwoleniem — zaczął mówić Adaś szybko. — Pan profesor nie ma szczęśliwej ręki do listów. Pozwolę sobie przypomnieć pewne trzy listy…
— Zamilknij, młodzieńcze! Tamto było co innego, a to jest co innego. Dam głowę, że wręczyłem jej dzisiaj list…
— Niech pan profesor da w zastaw jakąś rzecz mniej cenną — zaśmiał się Adaś. — Spokojnie, spokojnie, panno Wando. Zaraz się wszystko wyjaśni! To ja mogę dać głowę, że pan profesor miał list w ręce, ale wcale go pani nie dał.
— O, o! — zawołał staruszek dziwnym głosem. — Jakie masz na to dowody?
— Zaraz się pokaże — mówił Adaś rozbawiony. — Kiedy pani wyszła dzisiaj rano z domu?
— Przed dziewiątą — odrzekła panienka.
— Pocztę przynoszą około jedenastej. Jeśli pan profesor otrzymał ten list, otrzymał go o tej porze. Czy wolno wiedzieć, co pan profesor robił dzisiaj rano?
— Nie wstydzę się moich czynności. Czytałem!
— A co pan profesor czytał?
— Wiadomość ta na nic się w tej sprawie nie przyda — odrzekł staruszek, cokolwiek stropiony.
— Ja jednak bardzo pragnąłbym wiedzieć.
— Pal cię licho! Wolno mi podczas wakacji czytać, co mi się żywnie podoba. Owszem, powiem ci i wcale się nie wstydzę. Czytałem romans Dumasa, w którym jest mowa o Napoleonie… O powrocie z Elby…
— Monte Christo! — zawołał Adaś triumfalnie. — Bardzo dobrze… A który tom?
— Czwarty… I co z tego?
— A czy panu profesorowi przerwał ktoś czytanie?
— Sam je przerwałem, bo mi przyszło na myśl, żeby się udać do ciebie.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.