lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 144

— Ani kroku! — zawołał Adaś zdławionym głosem. — Ani kroku! Czy panu życie niemiłe? Zresztą…
Nie dokończył, bo zaczął nasłuchiwać. W niewielkiej odległości zgrzytliwym głosem zawarczał motor.
— …Zresztą on ma auto. Niewysokiej widać marki, bo kicha i szczeka, ale jedzie. Niechże sobie jedzie na złamanie karku.
— Ależ skarb, skarb! — zahuczał „były matematyk”. — Chłopcze! Czy z przestrachu straciłeś zmysły? Czemu się śmiejesz, u stu diabłów! I ty też? — krzyknął, spojrzawszy na Staszka.
— A cóż mamy robić? — spytał Adaś spokojnie.
— Gonić go!
— Jak? Na nogach?
— Damy znać… Niech go chwytają!…
— A ja marzę o tym, aby on uciekł na kraniec świata i aby go nigdy nie schwytano. Ja panu wszystko wyjaśnię… Niech się pan zechce uspokoić…
Pan profesor, jedyny Bayard armii, przysłuchiwał się, równie zdumiony, tej rozmowie. Nie rozumiał dziwacznego postępowania swego beniaminka, ale ani przez chwilę nie wierzył, by Adaś „stracił zmysły ze strachu”.
„Coś w tym tkwi!” — pomyślał. A potem rzekł głośno:
— Uspokój się, bracie, i wracajmy do domu.
— Z pustymi rękami? — krzyknął „były matematyk”.
— Mamy łopaty… — bąknął profesor.
Powrót odbywał się w mrocznym milczeniu. Gromadka wlokła się ospale jak niedobitki Konrada Wallenroda z wyprawy lub jak szczątki cesarskiej armii po przebrnięciu przez czarne topiele Berezyny. Pan Gąsowski czasem przystawał i chwytając się zrozpaczonym ruchem rąk za głowę, pomrukiwał lwim pomrukiem.
Staszek zakwakał jak stara żaba, co była primadonną w żabiej operze.
Panie, ujrzawszy chmurami zasnute oblicza, przelękły się i już dobra pani Gąsowska chciała się też chwytać za głowę, kiedy Adaś rzekł szybko:
— Wszystko w porządku, proszę pani!
Uśmiechnął się równocześnie, lecz tak był roztargniony, że zamiast do dobrej mamy, uśmiechnął się do ślicznej córki.
— I cóż nam teraz powiesz, bohaterski młodzieńcze? — zapytał pan Gąsowski, który gryzł to pytanie jak kwaśne jabłko podczas powrotnej drogi.
— Niech państwo zechcą usiąść! — poprosił wdzięcznie Adaś. — Historia jest dość długa, a tylko wielki Tacyt umiał opowiadać historię stylem zwartym i nad podziw treściwym.
— Wie o tym ode mnie! — rzekł z dumą profesor. — Mów, dobry Piotrusiu, jak umiesz!
— Sprawa jest taka — rozpoczął Adaś. — Znalazłem owe słynne drzwi u księdza Kazury…
— To święty człowiek! — szepnęła pani Gąsowska.
— …znalazłem więc i drzwi, i Francuza. I znalazłem napis na drzwiach… Jeśli ten napis, o którym powiem później, nie jest napisanym okrzykiem człowieka bredzącego w gorączce, znajdę drogę do kryjówki.
— Przecie jużeśmy ją znaleźli przed godziną… — huknął pan Gąsowski.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia