Cztery postacie, co spadły wraz z burzą, oniemiały na chwilę, gdyż radosne zdumienie odebrało im głos. Teraz zawyły wdzięcznie wszystkie razem.
— Co się stało? — zawołał drżącym głosem Francuz.
— Jesteśmy ocaleni! — zakrzyknął Adaś. — Tam jest jeszcze jeden… Staszek, prędko, u Boga Ojca! Uwolnij tamtego!
Ponieważ jednej latarki było za mało, więc usłużne błyskawice raz po raz oświetlały mokrą norę.
Po pięciu minutach było po wszystkim. Burski otoczył ramieniem słaniającego się Adasia i prowadził go po schodach.
— Co z tamtym? — cichszym i ostrożnym głosem pytał Adaś.
— Nie może iść! — odpowiedziano mu z kąta. — Trzeba go będzie nieść… Może są gdzie jakie nosze?
— Nie wiem! Nie ma czasu na szukanie… Prędko, prędko! Weźcie go, jak możecie, i nieście. Staszek! Ja muszę na chwilę do tego domu… Pomożesz mi?
— O przyjacielu! — zdławionym z radości głosem odrzekł Staszek Burski, ten, co w szkole siedział z Adasiem na jednej ławce i raz jeden miał piękne pismo.
Cichym głosem wydał jakieś polecenie swoim towarzyszom i ręką wskazał im kierunek.
— Dogonimy was! — szepnął. — Jazda… W nogi!
Czterech dorodnych dryblasów chwyciło Francuza na ramiona i wilczym krokiem pobiegłszy, zapadli w mrocznym gąszczu.
— Śpieszmy się… Boję się psów… — mówił Adaś, zadyszany. — Podtrzymaj mnie, bo jeszcze nie czuję nóg. O Staszku, o drogi Staszku! Sam nie wiesz… Ale o tym potem…
Podpełznęli ku tylnym drzwiom głuchego i milczącego domu.
— Pchnij te drzwi!
Burski rozpędził się i uderzył ramieniem w mizerne drzwi, które rozwarły się szeroko jak ziewająca gęba.
— Latarkę! — szepnął Adaś. — Ja nie mogę, szukaj ty… Czekaj no… Tu powinien sterczeć jakiś garnek. Jest! Sięgnij ręką do środka. Znalazłeś co?
— Tak… Małe zawiniątko… Zdaje się, że papiery…
— Dawaj! Teraz prędko do tej izby na lewo… Szukaj na łóżku pod siennikiem. Czujesz ręką papiery?
— Są!
— Dawaj, bracie! — szepnął Adaś.
Ukrył w zanadrzu sponiewierany rękopis księdza Koszyczka.
— Nic więcej? — szepnął Burski.
— Już wszystko! Teraz uciekajmy. Ale dokąd?
— Do nas, do obozu.
— To wy tu macie obóz?
— Za wodą.
— Ach, to wy! Boże drogi!… Dobrze, na razie do obozu… Czy to daleko?
— Mamy łódź.
— Łódź? Cudownie!… Prowadź, Stasiu. W łodzi cię uściskam. Oj, nie zajdę daleko…
Staszek Burski chwycił jego lewą rękę i zarzucił ją sobie na szyję. Prawą swoją ręką objął go mocno i tak wlókł po trosze, a potem niósł.
— Do wody niedaleko… Oni tam już są… Tylko czy łódź wytrzyma?… — mówił zdyszanym głosem.
— O Boże! — jęknął. — Psy!… Prędko… Prędko, jeśli nam życie miłe!
11.
„Choć burza huczy wkoło nas…”
Łódź, odepchnięta rozpaczliwym ruchem, wlokła się ciężko, zanurzona aż po burty. Woda była wzburzona i rozruszana przez tabun wichrów. Rozhulał się nowy deszcz. Przez szklane jego strugi widać było krążące nad brzegiem trzy widma: trzy ogromne psy.
— Nie wypływajmy na środek wody — rzekł Adaś gorączkowo. — Lepiej, żeby nas nie widziano. Można przecie okrążyć tę wodę?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.