lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 77

Oficer zachowywał się dziwnie. We dnie nigdy nie opuszczał „bawialni”, jakby się trwożył o swoje żołnierskie mienie. Zawiniątko jego leżało pod łóżkiem, w ciemnym kątku. Coraz częściej jednakże zaczęto szeptać, że oficer wędruje po nocy jak taki, którego księżyc wodzi. Dnia jednego dziwnym wszystkich zdumiał pomysłem: nie pozwolił nikomu wejść do izby; wołał spoza drzwi, że mu niczego nie potrzeba i że pragnie jedynie spokoju. Dopiero nazajutrz — bardzo osłabł — prosił pana Gąsowskiego, aby go przeniesiono z powrotem do małego domku, do towarzysza. Spełniono, oczywiście, jego życzenie i przeniesiono go na wygodnym fotelu.
Ksiądz Koszyczek szepnął panu Gąsowskiemu:
— Gdzie jest jego zawiniątko?
Z sobą go nie zabrał do małego domku, pod łóżkiem go nie było.
Poczęli kręcić głowami, co mało jednakże pomaga w myśleniu. Pan Gąsowski, zatrwożony podejrzeniem, że w jego uczciwym domu mógł ktoś skrzywdzić chorego żołnierza, pośpieszył do małego domku, aby dowiedzieć się prawdy.
— Panie oficerze! — zapytał przez otwarte okno. — Czy nie zabrano panu tłumoczka?
— Mam go przy sobie! — odrzekł szybko oficer. — Dlaczego pan o to pyta?
Ksiądz Koszyczek, który wiedział nie tylko o tym, co się dzieje w niebie, lecz i o tym, co się odbywa na ziemi, spenetrował, że oficer coś pisze i odbywa długie rozmowy ze swym rodakiem. Kulawa Weronika, posługująca przy Francuzach, a przy księdzu pełniąca funkcję dyplomatycznego wywiadowcy, zdołała zauważyć, że oficer wręczył żołnierzowi sznurkiem związane i zalakowane pismo, które żołnierz starannie zaszył w kabacie.
Żołnierz, dobrze przez pana Gąsowskiego zaopatrzony, wyruszył w drogę do swojej dalekiej ojczyzny. Pożegnał się z oficerem bez rozczuleń i bez tkliwości: po męsku podali sobie ręce, a oficer szepnął krótko:
— Pamiętaj! Przysiągłeś!
— Tak, mój pułkowniku! — odrzekł żołnierz.
Oficer pozostał, aby wyzdrowieć lub umrzeć. Gwałtowne ożywienie i gorączkowa pobudliwość, co się w nim rozpaliły w ostatnich dniach, zgasły niespodzianie, jakby mocny wiatr zdmuchnął dwa mizerne płomyki. Zapadł się, wsiąkł cały w milczenie i martwotę; nie gadał z nikim i leżał nieruchomo, z oczami wbitymi w pułap. Ksiądz Koszyczek zaglądał ciekawie przez otwarte okno i pragnął zagadać do nieszczęsnego melancholika, lecz by się to na nic nie zdało, ksiądz bowiem nie znał francuskiej mowy. Zamyślał przemówić do niego kuchenną łaciną, napoleoński oficer inżynierii nie byłby jej jednakże zrozumiał. Coraz z nim zresztą było gorzej. Nogi, smarowane przedziwnymi maściami, sporządzanymi wedle domowych przepisów, były jedną czarną zgorzeliną. Źle zagojona rana na piersiach otwierała się podczas długiej słoty. Ten człowiek żył cudem boskim i własnym zawziętym uporem. Dnia jednego skinął z trudem na pana Gąsowskiego i szepnął:
— Jest pan dobrym człowiekiem… Dobrym szlachcicem… Dziękuję panu za wszystko…
— Mówić nie warto! — bronił się pan Gąsowski. — Czy trzeba panu czego?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia