lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 128

— Widziałem — mówił Burski — jak przed kilku dniami owijał bandażami zranioną nogę jakiegoś włóczęgi, którego potem karmił w swoim biednym domu przez trzy dni. Włóczęga, odchodząc, zabrał mu tylko dwie kury, bo staruszek nie miał ich więcej. Widziałem też, jak w koszyku nosił do biednej wioski kilka bochenków chleba, a przysięgam, że sam musiał być głodny, bo się ledwie wlókł. Widywaliśmy go często tutaj nad wodą, bo łowił ryby, lecz nigdy żadnej nie ułowił, gdyż nie przywiązywał do wędki haczyka, pewnie dlatego, aby ryby nie zranić. Siedział godzinami na brzegu i serdecznie namawiał ryby, aby się zechciały przyczepić do sznurka, na którym wisiała na przynętę skórka chleba. Kochane człowieczysko, tylko zbyt poczciwe i wielki już staruszek.
— Daleko stąd mieszka?
— Niedaleko. Spoza wzgórka widać biedniutki kościółek i mizerny domek.
— A nie byłoby za późno, gdyby zajść do niego o tej porze?
— O siódmej wieczorem też byłoby za późno! Biedaczysko idzie spać o zmroku, gdyż żałuje na naftę. Zamiast nafty dla siebie można kupić chleba dla innych.
— Są jeszcze tacy ludzie… — rzekł Adaś wzruszony. — Mój Boże!
Zwrócił się do Francuza, co odpoczywał z zamkniętymi oczami, i opowiedział mu pokrótce, co uradzono.
— Dobrze! Dobrze! — rzekł Francuz. — Tu niebezpiecznie… Tu bardzo niebezpiecznie… Oni tu przyjdą.
— Więc my odejdziemy stąd przedtem. Staszek! Jak my to wszystko urządzimy?
Burski podrapał się w hetmańską głowę i wygrzebał z niej wojenny plan:
— O świcie zwiniemy obóz i pojedziemy, dokąd każesz. Teraz zaprowadzimy tego pana do księdza. Za godzinę będziemy z powrotem. Czy możemy wyruszyć w tej chwili?
— Oczywiście! — rzekł Adaś. — Gdyby jednak można przedtem… tak cokolwiek… Od rana nic nie mieliśmy w ustach…
— O, rany! — wrzasnął Staszek. — Szostak, słyszysz?
Szostak dał już nurka do namiotu i grzebał w nim skwapliwie.
— Trochę zamokło… — mówił zdyszany. — Czekolada… Chleb…
— Zjadłbym i kamień — śmiał się Adaś. — Byle miękki.
Najpierw nakarmił Francuza, potem sam machnął kilkakrotnie szczękami jak młody wilk.
— Teraz jestem gotów do najstraszliwszych czynów… W drogę, panowie! Czy pan będzie mógł iść o własnych siłach? — zapytał Francuza.
— Spróbuję. Jest mi bardzo przykro…
— Mówić nie warto! — przerwał mu Adaś.
Wraz z Burskim ujęli go pod ręce i uszli kilka kroków.
— Nie da się! — rzekł Burski. — Ten człowiek jest okropnie wycieńczony.
Francuz, poczuwszy dotkliwy ból w ręce, syknął w pierwszej chwili, lecz zaraz potem zacisnął zęby, aby niczego po sobie nie pokazać.
— Tak, nie da się w ten sposób! — przyświadczył Adaś. — Bracia Polacy! Trzeba będzie nieść tego dzielnego człowieka.
— Ja poniosę! — zgłosił się na pierwszego ochotnika ocalony przez Francuza chłopczyna.
— I ty też, i ty też!… Bądź spokojny, krzywda ci się nie stanie.
Nieśli go na zmianę, zachowując wszelkie ostrożności, aby go nie urazić. Droga była uciążliwa, gdyż krętą ścieżką wlokła się pod górę. Świat zalała powódź wilgotnej ciemności, więc idący na przedzie oświetlał drogę latarką.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia