— Przypadkiem… W starej książce kupionej u antykwariusza. Wyobrażam sobie, jak się odbywała jego wędrówka. Sprawdziłem, że brat Kamila de Berier padł pod Waterloo. Żołnierz, który przyniósł list, szukał go na próżno. Nie wiedząc, co począć z listem, szukał zapewne jakichś krewnych de Berierów, ale oficer nie miał krewnych. Żołnierz zachował list jako drogą pamiątkę. List wetknięty za jakiś obraz, potem w książkę, przeleżał przeszło sto lat. Zwyczajna historia… Znalazłem go i pomyślałem, że można będzie zdobyć majątek… Jak już panu powiedziałem, przeklinam ten dzień… Straciłem wiele pieniędzy i nie wiem jeszcze, czy nie stracę życia. Chciwość mnie zgubiła… Czy ten chudy człowiek mówił coś o mnie?
— Mówił, że pan odjechał.
— Łotr! O, gdybym ja mógł odjechać… Mój przyjacielu, czy nie mógłby mi pan podać wody? Przy mnie stoi dzbanek…
— Spróbuję! — rzekł Adaś ze współczuciem. — Och! Znowu ktoś idzie.
— Myślę, że nas nakarmią… Niech się pan teraz nie rusza… Tak, to on…
Garbaty człowiek zszedł do lochu, niosąc dzbanek z mlekiem i chleb. Drzwi pozostawił na ścieżaj otwarte, więc się w piwnicy uczyniło widno.
Spojrzał z litością na chłopca i rzekł:
— Jeżeli nie będziesz próbował robić żadnych awantur, rozwiążę ci ręce, abyś mógł jeść sam.
— Niech pan najpierw da pić tamtemu — poprosił Adaś błagalnym głosem. — Tamten umiera z pragnienia.
— Wszystko mi jedno, od którego zacznę.
Po chwili słychać było, jak nieszczęśliwy Francuz chłepce mleko.
— Encore! Encore! — zawołał.
— Czego on chce?
— Prosi, aby mu dać jeszcze — objaśnił Adaś szybko.
— Dla ciebie zabraknie.
— Mnie może pan dać wody…
Dzbanek jednakże był brzuchaty i mleka wystarczyło.
— Pan jest, jak mi się zdaje, dobrym człowiekiem — mówił Adaś przymilnie. — Niech pan przez jakiś czas nie zamyka drzwi. Tutaj się można udusić.
— Mogę nie zamykać… Usiądę na progu…
— A czy mógłby pan tamtemu człowiekowi dać pod głowę moją derkę?
— A ty czym się okryjesz?
— Ja jestem młody.
— Jak chcesz…
Francuz westchnął głośno.
— Dziękuję… — szepnął. — Bardzo dziękuję…
Garbus usiadł na progu i stróżował.
— Wieczorem was się wyprowadzi — rzekł po chwili. — Ale wtedy spuszczę psy. Czekaj, chłopcze, cierpliwie wieczora… Możesz poruszać palcami i podniesiesz chleb do ust, więc z głodu nie umrzesz.
— A on? Co z nim?
— On nie chce jeść, tylko pić. Naleję mu wody na miskę, aby jej mógł dosięgnąć… Trudno… Ale ja już muszę iść.
— A kiedy pan wróci?
— Mówiłem ci już: późnym wieczorem.
Kiedy drzwi zamknięto, rzekł Adaś:
— To jakiś niezły człowiek. Kim on jest?
— Nie wiem dobrze — odrzekł rzeźwiejszym głosem Francuz.
— Prowadził nam gospodarstwo. Oni go z sobą przywiedli… Czy dowiedział się pan czegoś?
— Niczego się nie dowiedziałem, bo to jakiś podrzędniejszy diabeł.
— I nie ma pan żadnych nadziei?
— Prawdę mówiąc, żadnych…
— Nie wydostaniemy się stąd?
— Chyba cudem… Pan nie może się poruszyć, ja jestem związany, a drzwi zaparte mocno.
— Pan może krzyczeć…
Źródło tekstu: Wolne Lektury.