„Ach, żebym to ja tak mógł zasuszyć sobie te łzy na pamiątkę! Bardzo jestem ciekawy, czy dałoby się to zrobić?”
Usłuchał łzami oblanej prośby i nie rwał się do wstawania. Panna Wanda codziennie zmieniała bandaże na uszkodzonej głowie, zwijając je własnymi rękami. — Ach, czemu ma tylko dwie ręce? — Pani Gąsowska karmiła go lekkim pożywieniem, a zacny profesor, pragnąc przysłużyć mu się w jakikolwiek sposób, spędzał muchy z jego twarzy.
Czasem wpadał do pokoiku matematyk, zapełniał go brodą i głosem i wołał:
— Wybrniesz z tego, przyjacielu! Młody łeb jest z kamienia. Czuj duch, głowa do góry!
Ta życzliwa rada była najtrudniejsza do wykonania. Adasiowi bowiem wciąż się jeszcze zdawało, że nieszczęsną jego głowę uprzemysłowiono: raz huczał w niej młyn, innym razem miały w niej siedlisko kamieniołomy. To było najgorsze, że po każdej wizycie matematyka miewał sny niespokojne, pełne zmor i widzeń. Śniło mu się, że srogi rycerz z portretu, rżąc końską modą, zdejmuje z zawiasów drzwi i wynosi, związawszy oba skrzydła brodą.
Lipcowe noce odurzały zapachami, a dni były błękitne, jak gdyby skrzętnie wyprane w lazurowej wodzie. Adaś siedział w starym fotelu, patrząc przez okna na świat boży, przepysznie wyzłocony, i rozmyślał. Dziewczyna opowiedziała mu dokładnie o jego bolesnej przygodzie. Ponieważ nie powracał długo, zaczęła się niepokoić. Wtem usłyszała ostrożne kroki tuż przed krzakiem, za którym leżała ukryta. „Panie Adasiu — zawołała zduszonym głosem. — Jestem tutaj!” Wtedy stało się coś dziwnego: idący przystanął na jeden moment, jak gdyby badał, skąd głos pochodzi, zdumiony zapewne, że pochodzi jakby spod ziemi, po czym nagle począł uciekać, przedzierając się na oślep przez czeredę gęstych krzewów. Pannę Wandę ogarnęło przerażenie. Skoro to nie Adaś, więc zapewne ten drugi — człowiek-widmo. Nie wiedziała, co począć. Czy biec do domu po pomoc, czy wołać o nią donośnym krzykiem? Zanim nadbiegną z pomocą, może stać się coś złego… Zrozumiawszy, że tajemniczy człowiek uciekł, przestała się go obawiać. Zdawało się jej, że ma serce nie w piersiach, lecz w gardle. Z odwagą rozpaczy pobiegła w stronę samotnego drzewa. Zaczęła wołać ostatkiem tchu. Nikt jej nie odpowiedział. Pod drzewem nie było nikogo… Nagle potknęła się. O Boże miłosierny! Adaś leżał po lewej stronie pnia jak nieżywy. Osłabła tak, że jeszcze chwila, a pod samotnym drzewem na zroszonej trawie leżałyby drugie zwłoki — damskiego rodzaju. Bohaterskim wysiłkiem pokonała ogarniającą ją omdlałość; nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co czyni, silna dziewczyna uniosła nieruchomego Adasia, który jej leciał przez ręce, i dźwigała go z nadludzkim trudem. Tuż przed domem zaczęła krzyczeć: „Na pomoc! Na pomoc! Zabili Adasia!”. Dalszego ciągu nocnej awantury nie mogła opowiedzieć, zamieszanie bowiem uczyniło się straszliwe. Siedmiu epickich poetów miałoby zajęcie na siedem lat.
Adam rozmyślał od dwóch dni nad tym wszystkim, nie zważając na ciężar sromotnie skrzywdzonego siedliska myśli.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.