— My mu wierzymy, z całego serca mu wierzymy. To uczciwy, kochany chłopak! Damy głowę, że zdarzyła się nieprawdopodobna, tragiczna pomyłka. Przecie mógł zapomnieć wpisać jakiś większy wydatek.
— Istniałby rachunek. Rachunki przejrzane?
— Wszystkie… I wszystkie wpisane… Kolego złoty, niech go kolega ratuje! Nie idzie o pieniądze, bo ci, którzy mu ufają, zbiorą je i wydobędą choćby spod ziemi, ale o jego dobrą sławę. Biedaczysko kochane! Kolega nie ma pojęcia, jak ten chłopiec cierpi i co się z nim dzieje! Wygląda jak trup i zalewa się łzami.
— To naprawdę wielkie nieszczęście — mówił Adam, trąc czoło. — Ale cóż ja mogę poradzić, skoro tylu was sprawdzało?
— My nie wiemy jak, ale to wiemy, że kolega poradzi. Kolego drogi… Adasiu! Ratuj człowieka! Nas tutaj po ostatni ratunek wysłała wprawdzie klasa, ale bylibyśmy przyszli sami, bo go kochamy… To nasz przyjaciel, dobry, wierny, a taki nieszczęśliwy przyjaciel.
Jeden z posłów przemawiał żarem słów, a drugi miał łzy w oczach.
Adam słuchał wzruszony.
Sprawa jest mętna i trudna do rozwikłania. I on wierzy temu nieznanemu chłopcu, lecz jak go wyratuje? Może zawodowy księgowiec wykryłby błąd bez trudu. To będzie jedyne wyjście! Struchlał jednak, dowiedziawszy się, że ojciec jednego z kolegów, urzędnik bankowy, sprawdzał rachunki… Więc i to zawiodło? Biedny chłopiec!
— Wobec tego i ja nic nie poradzę — mówił smutno. — Bardzo, bardzo mi żal.
Posłowie porwali się z krzeseł i poczęli błagać. Zaklinali go na dobroć serca i szlachetność duszy, polewając słowa łzami, aby zakwitły jak kwiaty.
— Kto on taki? — zapytał Adam.
— Syn wdowy, biednej krawcowej… Byliśmy dzisiaj u niego. Matka nie wie, co się z nim dzieje, i widząc jego zgryzotę, też się gryzie. Serce się kraje…
Adam myślał przez chwilę, niemalże boleśnie.
— Spróbuję! — rzekł wreszcie. — Nie obiecuję oczywiście niczego… To wam się jedynie zdaje, że jestem cudotwórcą. Jestem bałwan, nie cudotwórca. Czasem jednak i na bałwana spływa natchnienie. Daj to, Panie Boże, aby można pomóc temu biedaczynie. Gdzie są księgi?
— U niego. Nie rozstaje się z nimi i szuka, wciąż szuka… Obłędu dostanie od szukania… Albo się utopi…
— Jutro jest święto — mówił Adam zamyślony. — Niech on jutro przyjdzie tutaj do mnie, z książkami…
— O drogi, o kochany! — zakrzyknęli posłowie.
— Pojutrze dam wam znać, ale uczciwie obawiam się, że nie będę miał dla was wesołych wiadomości…
Poselstwo wybiegło z niezwykłym pośpiechem, choć nie przystoi posłom gnać z wywieszonymi językami. Wolno to jednak uczynić z radości, a ich pędziła radość. „Wielki” Cisowski raczył się zająć tajemniczą sprawą! Słońce, złoty ptak, nie przeleciało jeszcze z jednego drzewa na drugie, a już sprzymierzona klasa szósta wiedziała o tym, że potężne oko Cisowskiego wbije się jak sztylet w mrok i czarność.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.