— …Nie przerywaj mi! Tak, dobrze mówię: zakpiono sobie ze mnie. Moi chłopcy naigrawają się ze starego człowieka… Jeden mówi, że nie na niego przypadła kolej, drugi nie chce odpowiadać, bo jest czwartek… Trudno. Mógłbym i jednego, i drugiego… Ale ja nie będę się mścił… Nie, moje dzieci… Jest mi tylko bardzo, bardzo smutno… Możecie się ze mnie śmiać… Bardzo proszę… Mścić się nie będę… Zbyt was kochałem… To moja wina… A teraz dość! Dzisiaj nie będę już pytał nikogo. Za chwilę rozpocznę wykład… Przepraszam was, że się rozżaliłem…
— Panie profesorze!
— Słucham!
W pierwszej ławce podniósł się Cisowski. Był to nieforemny chłopak, nieco pękaty, z rozmierzwioną czupryną; sądząc po jego budowie, musiał być sprężysty i silny. Spojrzenie miał śmiałe i dziwnie przenikliwe. W tej chwili był blady i wzruszony. Przemawiał głosem miękkim i melodyjnym.
— Panie profesorze — rzekł z czułością. — Ja wszystko wytłumaczę.
— Przede wszystkim: kto ty jesteś? Twarz oczywiście znam, lecz twoje nazwisko wymknęło mi się z pamięci.
— Nazywam się Adam Cisowski.
— Być może… Wszystko być może. Takie się dzisiaj między wami dzieją historie, że już zwątpiłem o wszystkim. Więc dobrze… Jesteś Cisowski i chcesz mi coś wyjaśnić. Bardzo proszę… Już jestem spokojny i mogę słuchać. Co mi masz do powiedzenia?
— To tylko, panie profesorze, że ja jestem winien wszystkiemu. Nikt inny, tylko ja. Ani Kaczanowski, ani Ostrowicki.
Pan profesor Gąsowski podniósł się i powoli zbliżył się do pierwszej ławki. Spojrzał głęboko w rozumne oczy chłopca i długo się w nie wpatrywał.
— Czy to mają być nowe kpiny? — zapytał cicho.
— Nie, panie profesorze. Ani dotąd nikt nie kpił, ani ja bym się nie ważył. Pan profesor może nawet o tym nie wie, że kochamy pana profesora uczciwie i serdecznie.
— I ty?
— I ja… Tylko że ja jestem zbrodniarz! Ja jestem winien wielkiego szachrajstwa, a nie mogę patrzeć na to, jak pan profesor…
Głos mu się załamał i uwiązł w gardle. Cała klasa patrzyła na niego z oszołomionym zdumieniem. Staruszek położył mu rękę na ramieniu i rzekł szybko:
— Jesteś wzruszony… Przestań! Możesz powiedzieć coś, czego będziesz żałował. Ja o niczym nie chcę wiedzieć.
— Ale ja muszę powiedzieć! Pan profesor ma żal w sercu. Niech mnie pan profesor zechce posłuchać…
Jak gdyby się tego obawiał, że staruszek przerwie mu niesłychane wyznanie, zaczął mówić szybko, zdyszanym oddechem poganiając słowa pędzące na złamanie karku:
— Dzisiaj jest nasze Waterloo. Napoleon nie dojrzał głębokiego rowu na polu bitwy, a ja nie przewidziałem pomyłki pana profesora. Stąd pochodzi nasza sromotna klapa…
— Co stąd pochodzi?
— Klapa, czyli nieszczęście… Nie udało się, bo pan profesor się pomylił.
— Ja! — zdumiał się staruszek.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.