Nieznajomy, zmierzający ku domowi na wzgórku, przystanął i patrzył na cicho śpiącą wodę łaszącą się pieszczotliwie do księżyca.
„Nawet taki musi być wzruszony!” — pomyślał Adaś, przypadłszy do zroszonej ziemi wśród bujnej trawy.
W tej chwili cisza zaczęła się chwiać jak miękka, ciężka zasłona, lekko dotknięta. Przez srebrną wodę jak przez srebrny most poczęły płynąć niewyraźne głosy, tak polatujące jak zapachy od łąk. Adaś wstrzymał oddech i cały zmienił się w słuch: głosy były dalekie, niewyraźne, jakby uroczyste.
„Dziwne! Jakiś chór śpiewa…” — pomyślał.
Spojrzał w tę stronę, z której przylatywały owe głosy, tak cicho lecące jak puszyste sowy, i ujrzał zarumieniony odblask ogniska.
— Ach, to jakiś harcerski obóz! — ucieszył się. — Dobre sobie wybrali miejsce… Jest im tu wesoło, tylko rybom nie będzie bezpiecznie.
Na wodzie słychać było srebrzysty szelest. Po drugiej stronie zamajaczyła łódka, powoli w księżycu płynąca, cicha jak Charonowy prom, ci bowiem, co w niej płynęli, milczeli, oczarowani zapewne czarodziejstwem ślicznej nocy. Zdawało się, że będą łowić sieciami księżyc odbity w wodzie, więc nie chcą głosami spłoszyć tej złotej ryby z okrągłym łbem.
Adaś nie mógł długo patrzeć na nocne przedstawienie w zaczarowanym teatrze, musiał bowiem uważać pilnie na to, co czyni „czarny charakter” tego teatru, czający się za kulisami.
„Czarny charakter”, napatrzywszy się przez chwilę wodzie, ruszył powoli w stronę domu, a Adaś za nim. Nieznajomy podjął jakąś gałąź i trzykrotnie zapukał nią w oświetlone okno. Ukazał się w nim chiński cień wysokiej ludzkiej postaci i zniknął. Po chwili skrzypnęły drzwi i zostały zatrzaśnięte.
„Co robić?” — rozważał Adaś.
Bał się zbliżyć ku domowi. Nie znał terenu i mógł w zwodniczym świetle księżyca wpaść w jaki dół lub zdradzić się w inny sposób. Nie wiedział, czy tu gdzieś nie ma jakichś czuwających w mroku ludzi. Dom stał wprawdzie w odosobnieniu, za drzewami jednak bieliły się inne zabudowania, skąd mógł ktoś nadejść niespodziewanie. Trzeba było, poczynając sobie najostrożniej, dowiedzieć się, jak wygląda ten drugi, co się niewyraźnym cieniem zaczernił na szybach. Być może, że jest tam ktoś jeszcze. Po niedługim namyśle Adaś postanowił nie dowierzać nocy i z wszelkim działaniem zaczekać do świtu, kiedy będzie mógł w dziennym świetle zapoznać się dokładnie z terenem. Teraz może ważyć się na jedno: może się wspiąć na drzewo i zajrzeć do wnętrza domu, aby ich przynajmniej policzyć i dowiedzieć się, czy Francuz, którego pozna z opisu — niepozorny, z małym wąsikiem, szczurzy wyraz twarzy — jest jeszcze z nimi. Byłaby to wiadomość cenna: czy wspólnicy działają już na własną, mocno niezgrabną rękę, czy też dowodzi nimi sprytny człowiek, co umiał odgadnąć skróty tajemniczych znaków z listu napoleońskiego oficera?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.