— …przerobić cały materiał i zaproponować staruszkowi, aby pytał, jak chce i kiedy chce. Zrobione?
— Zrobione! Zrobione! — zakrzyknięto.
— Doskonale. O resztę niech was głowa nie boli.
— Ale co będzie w sobotę? — zapytał drobny chłopczyna, jeszcze bardzo wstrząśnięty.
— Nie wiem — odrzekł Cisowski cicho. — Namyślę się… Może byłem głupi, że się ważyłem na to wszystko. Jeśli mi się nie uda, ubłagam staruszka, aby tylko mnie wylał na łeb i szyję. Wy nie jesteście winni. O jedno tylko proszę: na sobotę ma być przygotowany każdy bez wyjątku. Niech tłucze łbem o ścianę, ale umieć musi. Skończyły się dobre czasy… I tak musi być do końca roku. Będzie tak?
— Będzie! Będzie!
— Teraz na miejsca. Szekspir powiada: „Palec mnie świerzbi, co dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi”. Matematyka jest już za drzwiami…
Minęła godzina cyframi najeżona jak madejowe łoże kolcami, minęły inne godziny, smażące się w upale. Minął czwartek i piątek, przez nieszczęsne ryby oczekiwany z rozpaczą, aż nadeszła wedle powszechnej umowy kalendarzowej groźna sobota, dzień sądu, dies irae pana profesora i calamitatis Cisowskiego.
Cisowski był bardzo skupiony i milczący. Cała klasa siódma na odmianę milcząca i skupiona. Wszedł raźnym krokiem pan profesor Gąsowski, skupiony i milczący. Zdawało się, że cały świat jest w tym samym nastroju. Jeśli na gwiazdach mieszkają jakieś myślące istoty, musiały — też skupione i myślące — patrzeć przez teleskopy na pogrążoną w odmęcie zwątpienia klasę siódmą.
„…I była chwila ciszy. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało”. Jak w Panu Tadeuszu. Staruszek patrzył na klasę, klasa patrzyła na staruszka. Nagle ozwał się głos Cisowskiego. Zdawało się, że słowa jego tak zabrzęczały, jakby ktoś nagle rozbił szybę, a rozpryśnięta cisza rozleciała się w tysiąc kawałków.
— Panie profesorze, chciałbym coś powiedzieć…
— Cofasz się? — zawołał z nietajoną radością pan Gąsowski.
— Nie. Chciałbym tylko najserdeczniej prosić pana profesora, aby w razie mego niepowodzenia pan profesor ukarał tylko mnie. Oni nie są winni.
— Pomyślę o tym… Widzę z przyjemnością, że zachowałeś resztki sumienia. Czy to wszystko?
— Nie wszystko, panie profesorze… Pragnę jeszcze zapewnić pana profesora, że wedle jednomyślnej uchwały całej klasy wszystkie zaniedbania będą odrobione i nikt panu profesorowi nie przyniesie wstydu. I tak będzie odtąd zawsze.
Blade oblicze staruszka pokraśniało i usta mu zadrgały. Chciał coś rzec, ale nie rzekł. Musiał sobie jednakże powtórzyć w myśli włoskie porzekadło: Non c'è sabato senza sole! „Nie ma soboty bez promyczka słońca!” — bo się łagodnie uśmiechnął, a właśnie była sobota.
— A teraz jestem gotów, panie profesorze — dokończył Cisowski.
Staruszek jeszcze rozmyślał, potem zaczął mówić powoli:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.