lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 142

— Oczywiście — szepnął profesor i podreptał do swego pokoju, skąd powrócił po chwili jako widmo czarne i piekielne.
— Idziemy! — wydał rozkaz Adaś. — Panie niech zamkną dom i czekają bez lęku. Nie otwierać nikomu, tylko nam, i to wtedy, gdy panie usłyszą trzykrotny głos żaby. Burski wybornie udaje żabę.
— W imię Ojca i Syna! — jęknęła w trwodze pani Gąsowska.
— Będziemy nasłuchiwały — rzekła panna Wanda.
Szli chyłkiem przez ścieżyny parku jak mroczni i milczący Indianie. Adaś wiódł ich przez opętane drogi, pomiędzy chaszcze i gęsto rosnące tarniny, o które czasem pan Gąsowski zaczepiał brodą. Odpoczywali często, a wtedy Adaś czujnie nasłuchiwał. W pewnej chwili zbliżył się do Staszka, kroczącego wilczym chodem w tylnej straży, i szepnął:
— Słyszałeś coś?
— Zdaje mi się, że coś słyszałem…
— Z której strony?
— Z lewej… Jakby ktoś rów przesadził… Nie boisz się?
— Czego? Nic się przecież stać nie może. Chodźmy!
Przez dziurę w płocie (mieli ich do wyboru siedemdziesiąt siedem) przeleźli na niewielką łączkę, na której było prawie widno.
— Baczność, panowie! — rzekł Adaś głośniej niż dotąd. — Jesteśmy u celu. Teraz będziemy szukali. Staszek, zapal latarnię!
Wydobył z zanadrza jakiś pożółkły papier i zbliżywszy go do latarni, przyglądał mu się długo i ze zmarszczonym czołem.
— W której stronie jest droga? — zapytał, zwracając się do pana Gąsowskiego.
— O dwadzieścia kroków stąd, za tymi drzewami… Ot, tam!
— Dobrze. Musimy mierzyć w stronę drogi od tego wzgórka.
Zajrzał znów do dokumentu i rzekł:
— Od tego wzgórka należy odliczyć ku północnej stronie dziesięć kroków. Muszą to być kroki duże, męskie, gdyż takimi odległość tę odmierzano. Niech pan profesor odliczy dziesięć kroków! Ku północy! Tak, dobrze…
Profesor, niezmiernie przejęty swoją rolą, zaczął kroczyć z powagą sekundanta, co przed pojedynkiem wytycza metę śmierci. Wszyscy szli za nim w milczeniu.
— Dziesięć! — oznajmił profesor. — Nie pomyliłem się!
Adaś sprawdzał coś przez dłuższą chwilę w swoim papierze, po czym rzekł:
— A teraz jedenaście kroków ku zachodowi w najprostszej linii!
— Jedenaście ku zachodowi w prostej linii! — powtórzył profesor bezbarwnym głosem jak sternik okrętu, który musi powtórzyć komendę oficera.
Widma szły za nim, skupione i do głębi przejęte. Gromadka znalazła się tuż przed zwartą ścianą drzew. Adaś udając, że patrzy w dokument, chyłkiem przebiegł spojrzeniem mrok pod drzewami.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił głosem bardzo drżącym. — Tu będziemy kopali. Niech pan Gąsowski świeci, a ja z Burskim zabierzemy się do roboty.
— A co ja? — zapytał profesor z żalem.
— Pan profesor będzie patrzył dokoła i da nam natychmiast znać, gdyby dojrzał coś podejrzanego.
— Gwizdać?
— Wszystko jedno! Staszek, kop!
Dwa rydle poczęły krajać ziemię z niespokojnym pośpiechem. Po chwili pot zaczął się lać ze szlachetnych młodzieńczych czół.
— Niżej światło! — zawołał Adaś.
Pan Gąsowski pochylił skwapliwie latarnię.
— Jest coś? — zapytał.
— Jeszcze nic… „To” musi być zakopane głęboko. Panie profesorze, nic podejrzanego?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia