lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 126

Francuz zerwał się z wielkim trudem i ogarnąwszy jednym spojrzeniem położenie, zaczął szukać wzrokiem brzegu. Dotąd leżał z głową opartą na kolanach maleńkiego chłopczyny, co miał ze czternaście lat i był „praktykantem” wśród „starych” wygów. Chłopak krzyknął z bolesną rozpaczą. Francuz spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i bez namysłu chwyciwszy go wpół, runął z nim do wody. Musiał cierpieć straszliwie, gdyż twarz miał wykręconą konwulsyjnie. Omdlewał, lecz nie puścił chłopca. Utrzymywał go ponad topielą lewą, wykręconą ręką, prawą bił wodę spazmatycznymi ruchami. Fala zalała go raz i drugi raz, lecz on, w jakiejś oszalałej zawziętości, wygrzebywał się spod niej i bełkocąc niezrozumiałe słowa, płynął.
Na wodzie uczynił się rozruch i zamęt. Płynęli wszyscy z rozpaczliwym wysiłkiem, drapieżnie chwytając się życia jak urwistego brzegu. Już niedaleko… Już niedaleko… Szostak macha wciąż latarką… Woda kipi i gotuje się, lecz coraz więcej na niej białych, zmąconych pian, więc tu już zapewne płytsza. Wreszcie któryś z topielców zatrzymał się i musiał sięgnąć nogami dna, gdyż wynurzył się z wody do pasa.
— Tutaj! Tutaj! — darł się wielkim głosem.
Podpłynął do niego Adaś i również stanął na nogach.
— Gdzie Francuz? Gdzie Francuz? — pytał gorączkowo, wylewając słowa z ust razem z wodą.
— O, tam, tam… niedaleko… Dźwiga chłopca!
„Bohaterski człowiek!” — pomyślał Adaś i zaczerpnąwszy oddechu, rzucił się raz jeszcze na głębszą wodę, wołając: — Niech się pan trzyma!
Po chwili ujrzał przed sobą trupio bladą twarz Francuza tulącego małego chłopczynę. Podał mu rękę i ciągnął na płyciznę.
— Są wszyscy? — wołał Burski.
— Wszyscy!… Wszyscy!
— Pomóżcie mi! — krzyknął Adaś.
Dzielnego Francuza wyniesiono na brzeg.
Stężała dotąd jego twarz rozprężyła się, gasnącym spojrzeniem uśmiechnął się do chłopczyny, którego ocalił, i zemdlał z wyczerpania.
— Morowy chłop! — rzekł Burski. — Daj mu, Boże, zdrowie! Do obozu, prędko do obozu! O, Szostak pędzi…
Szostak pomyślał w pierwszej chwili, że jeden z tych piorunów, co wyrżnęły w ziemię podczas niedawnej burzy, musiał uderzyć w jego głowę, czego on przez dziwne roztargnienie nie zauważył. Zdawało mu się bowiem w tej chwili, że zwariował z kretesem i bez żadnej nadziei na poprawę. Ujrzawszy Adasia, chwycił się za głowę i wykonał skok tak wspaniały, jakiego nie widuje się często nawet wśród pcheł. Potem wydał z siebie wysoki skowyt: najwyższy ton nagłego i przeraźliwego szczęścia. Wpadł w otwarte ramiona Adasia i zaczął płakać jak dziecko.
— Jak się masz, jak się masz? — mruczał Adaś wzruszony. — Jak ci się powodzi, Czarna Nitko? Już dobrze, już dobrze… Au! — krzyknął niespodzianie, poczuwszy na szyi gorąco. — Przysmażyłeś mnie latarką!
Wszyscy gadali w ogromnym podnieceniu, na które władczą rękę położył Staszek Burski.
— Trzeba ratować tego człowieka! — zawołał. — Szostak! Jest jakiś suchy koc?
— Jest!
— Dawaj go tu!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia