Sam cieszył się niezmiernie nadzieją spędzenia wakacji nad morzem. Miał właśnie podzielić się swoją słono-morską radością z kolegą siedzącym obok niego w pierwszej ławce, gdy przypadkiem rzucił okiem na rozłożony przed kolegą kajet. Współlokator szkolnej ławy nazywał się Burski. Był to chłopiec zdolny i pracowity, wysoki i szczupły; popędliwy cokolwiek i lekkomyślny, czynił wszystko w nerwowym pośpiechu. Objawiało się to nawet i w charakterze jego pisma, nieporządnym i rozrzuconym; przypominało ono żywopłot, wprawdzie wyciągnięty w szpaler, lecz wypuszczający niesforne i nieprzycięte odrośle na wszystkie strony. Adam patrzył ciekawie i z uśmiechem na jego zapisany kajet i chciał właśnie zagadać, lecz w tej chwili wszedł profesor literatury, przyjaźnie witając zgromadzenie. Ponieważ przez godzinę gadali wzniosłym językiem poeci i piękne słowa sypały się jak kwiaty opadające w wiśniowym sadzie, przyziemne istoty ludzkie przestały mleć otręby. Skoro tylko zamilkła poezja, zagotowała się ukropem zwyczajna wrzawa pauzy. Z gwaru trzydziestu splątanych głosów wytryskał czasem huczny śmiech jak jaskrawy kwiat spośród zielska. Dzisiaj jednak działo się coś niezwykłego, gdyż w ostatnich ławkach ucichł z nagła gwar jakby zalękły, a tylko dwa podniesione głosy „skakały sobie do oczu”.
Adam obejrzał się, zaciekawiony, bo chociaż gwałtowne rozprawy odbywały się często i „temperamenty grały” przy lada sposobności, jednakże kłótliwe głosy nie szczękały o siebie jako krwi spragnione miecze. Awantura w okolicy ostatnich ławek musiała być wcale groźna, gdyż padały słowa szybkie, czerwone od gniewu, nastroszone i gotowe do bitwy. „Dobry rycerz” Jasiński, zwykle cichy i łagodny, stał naprzeciwko równie „dobrego rycerza” Żelskiego i bił w niego słowem rozpalonym do białości:
— Nikt inny, tylko ty!
— Kłamiesz! Na oczy nie widziałem!
— Wczoraj jeszcze było! Mówię ci: oddaj, bo ci łeb rozwalę!
— Głupi jesteś! — wrzasnął dobry rycerz Żelski. — A jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, poleci kilka zębów!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.