Chuda wieczerza zamieniła się w mroczną stypę bez nieboszczyka, który jednak musiał krążyć gdzieś w pobliżu, bo w izbie powiało cmentarnym mrozem i wszyscy umilkli. Gdy się zaczęto rozchodzić, wydawało się, że widzowie wychodzą z teatru z takiego przedstawienia, kiedy to wszystkich na scenie zakatrupiono i — jak złośliwcy mówili o Balladynie — „tylko sufler został żywy”.
Profesor wszedł na palcach do izdebki Adasia i szepnął jak spiskowiec:
— Mój brat matematyk jako dyplomata zginąłby z głodu, przez wszystkich opuszczony. Teraz gadaj: w jakim celu wymyśliłeś pożar?
— Bo pan Gąsowski byłby się wygadał o drzwiach.
— Tak i ja rozumiałem. A dlaczego w głowę kopnął cię koń?
— Wie pan profesor dlaczego? Bo trzech groszy nie dałbym za to, że to ten malarz rozbił mi głowę. Ten człowiek ma zbójeckie ręce… Zresztą: czego on tu chce? Po co tu przyszedł? Czemu przemawiał do mnie złośliwie i czemu mi się tak pilnie przyglądał? Pan Gąsowski źle zrobił, że się wygadał o mojej głowie, bardzo, bardzo źle.
— Powinno się dzisiaj w nocy udusić tego człowieka — rzekł głucho staruszek.
— Kogo? — z niepomiernym zdumieniem zawołał Adaś. — Pańskiego brata?
— Ech, nie! Mojemu bratu niech broda lekką będzie. Ale tamtego. Jeżeli to jest opryszek, będziemy mieli ciężkie życie. Jak myślisz?
— Myślę, żeby się przede wszystkim przekonać, czy się nie mylimy.
— A sposób?
— W bardzo łatwy sposób. Niech pan profesor poprosi go jutro, aby domalował oko pańskiemu pradziadkowi. Jeżeli to naprawdę malarz, uczyni to chętnie.
— Znakomicie!
— Poza tym — mówił Adaś ściszonym głosem — będziemy go pilnowali. Ale i on się będzie pilnował, jeżeli to figura podejrzana. Czy pan profesor może słyszeć, co się dzieje za drzwiami, w jego pokoju?
— Słyszeć to bym mógł, gdybym czuwał. Ale ja podobno gadam przez sen i sam sobie przeszkadzam. Czy mamy czuwać tej nocy?
— Szkoda snu. Pan profesor jest po wczorajszym naszym gadaniu niewyspany, a ten jegomość zabawi tu podobno kilka dni. Mamy czas!
— Mamy czas! — powtórzył staruszek czarnym głosem z brzucha, jakiego używają sprzysiężeni obradujący w podziemiach, aktorzy udający krwawych nędzników, brzuchomówcy, upiory straszące w starych zamkach i kolędnik z szopki, co odgrywa Heroda, mordercę niewinnych dziatek. — Lecz czuj duch! — dodał i podniósł ostrzegawczo palec. — W domu jest wróg!
Z zachowaniem całkowitego ceremoniału spiskowca, jakoby jeden ze stowarzyszenia „braci z Ajaccio”, których podobno lękał się sam Cesarz, wymknął się z izdebki Adasia i jak bezszelestny cień przemknął przez ciemne pokoje. Znalazłszy się w swoim cubiculum, przyłożył ucho do drzwi, za którymi wróg otrzymał mieszkanie. Wprawdzie panowała tam głęboka cisza, lecz pan profesor szepnął sam do siebie:
— Zdaje mi się, że zgrzyta zębami.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.