lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 111

— Abyś powiedział wszystko, o czym wiesz, bo ty wiesz. Ja ci się dobrze przyjrzałem. Niby zawracałeś oczami do panienki, a pilnowałeś mnie. Ach, ty żółtodziobie! Myślałeś, że nie widzę? Ty Sherlocku Holmesie od czternastu boleści! Ty chcesz nas podejść, nas? Musiałbyś żyć jeszcze sto lat, zanim ci się to uda. Będziesz gadał czy nie?
— Nic nie wiem…
— Zaraz będziesz wiedział… Skończmy te żarty. Mów, w jaki sposób tutaj doszedłeś. Jak się dowiedziałeś, że my tu mieszkamy?
— Ludzie opowiadali…
— Co opowiadali?
— Że w Żywotówce osiedli jacyś obcy… Mówili, że Francuzi.
Wspólnicy spojrzeli po sobie znacząco.
— Tutaj nie było i nie ma żadnego Francuza — rzekł chudy. — Co dalej?
— Więc przyszedłem tutaj, aby odnaleźć pana… — mówił Adaś.
— Mnie? Z tęsknoty? — zaśmiał się fałszywy malarz.
— Nie tęskniłem za panem — odrzekł Adaś. — Chciałem zażądać zwrotu tego rękopisu, który pan zabrał.
— Aha! A dlaczego nie przyszedłeś do domu, tylko czaiłeś się w budzie? Rozumiem… Rozumiem… Czekałeś okazji, aby się zakraść do domu. Przeszkodziły ci poczciwe pieski. Przypuśćmy, że to prawda… Słuchaj no, panie Adamie! Rękopis ten jest nam potrzebny chyba do chrzanu… Możesz go mieć. Ale te znaki nam wyjaśnisz, słyszysz? Będziesz tu siedział tak długo, aż ci łeb uschnie, ale wyjaśnisz.
— Nie potrafię…
— O, ty wszystko potrafisz! Uczony młodzieniec, mądry młodzieniec… A my prości, poczciwi ludzie… Musielibyśmy pisać do Wilna albo do Warszawy i tracić czas. Co to dla ciebie? Pomyślisz, pomyślisz i odgadniesz… Poczekamy! Teraz, chłopaczku, pójdziemy spać, a ty z nami. Zwiąże się kawalerowi nóżęta, aby nie wędrował, bo znowu zabłądzi tam, gdzie nie trzeba.
Chudy nachylił się i coś szepnął towarzyszowi do ucha, a towarzysz skinął głową potakująco.
— Podnieś się, chłopczyno — rzekł z jadowitą słodyczą. — Musimy zbadać, czy nie masz przy sobie broni lub ostrych narzędzi w rodzaju scyzoryka.
— To gwałt! — krzyknął Adaś.
— Z pewnością nie pieszczoty! — zaśmiał się opryszek.
Niespodziewanym ruchem chwycił ręce chłopca i wykręcił je w tył.
— Obszukaj go! — rzekł do chudeusza.
Człowiek-szkielet z latającą grdyką przebiegł ze zdumiewającą wprawą palcami po całym ciele Adasia i mówił tak, jakby wyliczał:
— Ołówek… notes… scyzoryk… mały kluczyk…
— Od walizki! — objaśnił fałszywy malarz. — Walizka wróciła do Bejgoły. Czy myślisz, luby Adasiu, żeśmy o tym nie wiedzieli?
— Portmonetka… chustka do nosa… jakiś papier…
— Papier? Pokaż no, przyjacielu! Papiery tego pana są zwykle bardzo zajmujące.
Adaś patrzył zrozpaczonym wzrokiem, jak malarz rozwija uważnie kopię tego listu, którą sporządził dla profesora.
— I cóż to takiego? — zapytał chudy.
Tamten nie odpowiedział, lecz powoli, bardzo powoli przeniósł spojrzenie z papieru na Adasia. Szczęki zadrgały mu z wściekłości, oczy zaświeciły jak u wilka. W przypływie nagłej furii nie mógł mówić. Zdawało się, że tak się skurczył i sprężył jak dziki zwierz przed skokiem.
„O mamo… o mamusiu!” — krzyknął w duszy Adaś, co miał już siedemnaście lat.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia