lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 143

— Spokój i cisza! — odrzekł profesor.
— Kopmy!
Pracowali z zawziętym, milczącym uporem. Dół był już głęboki, lecz na nic jeszcze nie natrafiono.
— Jest coś! — krzyknął nagle Burski zduszonym głosem. — Ostrożnie!
Pan Gąsowski wetknął latarnię w dół, a Adaś, padłszy szybko na ziemię, wetknął tam głowę.
— Coś jest, coś jest! — oznajmił z głębokim wzruszeniem. — Staszek, właź!
Burski wskoczył do dołu i zniknął w nim razem z głową. Musiał się z czymś mocować, gdyż słychać było pracowite postękiwanie.
— Masz? — zawołał Adaś.
— Mam — odpowiedział głos z brzucha ziemi. — Jakaś żelazna skrzynka!
— Nadzwyczajne! — huknął pan Gąsowski.
Burski podał coś Adasiowi i wygramolił się z dołu.
— Stara, żelazna skrzynka! — rzekł Adaś. — Udało się! Proszę bliżej z latarnią… Strasznie stara, lecz doskonale zachowana.
— Otworzyć, otworzyć! — wołał pan Gąsowski.
— Nie da się, bo na głucho zabita!… Bez narzędzi nie damy rady… Ależ ciężka! Panowie, zabieramy skrzynkę i…
— Baczność! — wrzasnął przeraźliwie pan profesor.
— Ręce do góry! — wrzasnął równocześnie głos inny.
— Och! — krzyknął Adaś niezmiernie zdumiony, podnosząc powoli ręce do góry.
— Rzucić to! — rozkazał głos obcy, chrapliwy i drżący ze wzruszenia.
Dzielny pan profesor, dojrzawszy nieludzko chudą postać z rewolwerem w ręce, chwycił rydel i zamierzył się nim na zbrojne widmo, co wyszło z leśnego mroku.
— Rzucić to natychmiast, bo strzelę! — mówił chudzielec groźnie.
— Proszę usłuchać, panie profesorze! — zawołał Adaś. — Jesteśmy bezbronni! Ten pan ma nas w swojej mocy…
Patrzył czujnie na chudego człowieka, co się zbliżył powoli, wodząc czarnym okiem rewolweru po struchlałej gromadce. Stanąwszy przed Adasiem, mówił powoli, jadowicie barwiąc słowa:
— O wszystkim pamiętałeś, chłopaczku, tylko o mnie zapomniałeś… A ja ciebie strzegłem jak źrenicy oka! Bardzo ci dziękuję za piękną robotę! Doskonale to zrobiłeś! Chwalisz się tylko zbyt głośno i trąbisz jak jerychońska trąba!… Ale poza tym jesteś mądry! Ho, ho. Nie wiedziałeś, kiedy cię pytałem, co znaczy 10 i 11 we francuskim liście, a teraz wiesz… Dziesięć kroków i jedenaście kroków… Nie ruszaj się! Szkoda by było takiej mądrej głowy. Posuń nogą tę skrzynkę w moją stronę.
— Nie mogę, za ciężka… — odrzekł Adaś zdławionym głosem.
— To dobrze, że ciężka… Więc ty sam trzy kroki w tył! I ten brodaty! Prędzej!… Nie mam czasu na rozmowy…
Adaś kroczył w tył, wpatrzony bystrze w lufę broni.
Chudy człowiek zbliżył się tygrysim ruchem i porwawszy skrzynkę, ujął ją lewą ręką i umieścił pod pachą. Prawą wciąż wodził po osłupiałym zgromadzeniu.
— Mógłbym ci w łeb strzelić — mówił głucho — abyś mnie kiedyś później nie wytropił. Twoje szczęście, że hałas jest niepotrzebny. No i wdzięczny ci jestem! A nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz… Żegnam was, panowie! Pan znowu chwyta za rydel? — zaśmiał się niemiło, zwróciwszy się do profesora. — Bardzo dzielny z pana staruszek.
— Łotrze! — krzyknął pan profesor.
Tamten dał niespodzianie susa i przepadł wśród drzew.
— Gońmy go! — wrzasnął pan Gąsowski.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia