lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 6

Pan profesor nie mógł pojąć, co się stało. W roztargnieniu rozgrabił siwą, bogatą czuprynę chudymi palcami i wpatrzył się w ścianę, jak gdyby na niej miało się za chwilę ukazać ognistymi zgłoskami wypisane tłumaczenie, dlaczego miły młodzian Kaczanowski, chłopiec rozsądny i rozgarnięty „historyk”, nagle i niespodziewanie w bałwana przemienion. Ponieważ na ścianie nic się nie ukazało, staruszek spojrzał błagającym spojrzeniem na piec. (Piec też pochodzi z rodziny dziedzicznych idiotów). Przymknął przeto oczy i spojrzał w głąb roztropnego ducha, z którym musiał pogadać na rozum: roztropny duch wyjaśnił mu pokrótce, że jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak jeden Kaczanowski nie zburzy jego radości i dumy. Kaczanowskiemu musiało uderzyć coś na rozum. Może upadł?… A może boli go ząb? Może się najadł niedojrzałych jabłek, co wobec tajemnych związków żołądka z głową mogło osłabić zwyczajną jej sprawność? Niech przeto inny naprawi to, co zburzył Kaczanowski: „historyczną” sławę siódmej klasy… Pan profesor obudził się z mętnej zadumy, zajrzał do swego notesu i nerwowym ruchem przerzucił dziewięć, wyraźnie dziewięć kartek.
— Ostrowicki! — zakrzyknął zduszonym głosem.
Cała klasa odwróciła się jak na komendę, młodzian bowiem tak zadzierzyście nazwany siedział w przedostatniej ławce. A Ostrowicki omal nie zemdlał. Podniósł się wprawdzie, lecz nie mógł uczynić kroku, jak gdyby pod jego nogami rozwarła się przepaść. Mówiono później, że wyszeptał straszne słowa: „Raz kozie śmierć!” — ale to nie jest pewne. Pewne jest natomiast, że wobec jego złamanej i zgruchotanej postawy Kaczanowski wyglądał jak bohater.
— Czy mam na ciebie trąbić? — zawołał znowu zdumiony profesor.
Wesołe przypuszczenie, że zacny profesor wzywać będzie na egzamin głosem archanielskiej trąby, nikogo jednak nie rozweseliło. Nikt nigdy nie oglądał wesołej siódmej klasy w takiej topieli mroku i smętku.
Ostrowicki zbliżał się ku katedrze krokiem idącego na ścięcie. Przechodząc, kiwał głową na dwie strony, jak gdyby się żegnał na wieki z kolegami, z dobrymi mołojcami. „Idąc, kłaniał się damom, starcom i młodzieży…” — jak Podkomorzy w Panu Tadeuszu. Gdyby w klasie siódmej zasiadały damy, porównanie byłoby zgoła znakomite: był tam natomiast jeden „starzec”, bardzo zdumiony, i „młodzież” z takim na obliczach wyrazem, który nauka ścisła nazywa „zbaraniałym”.
— Ratuj, kto w Boga wierzy! — szepnął nieszczęśnik pierwszym ławkom.
Pierwsze ławki jednakże nagła rozpacz pozbawiła czucia. Serca w nich struchlały.
— Ostrowicki, miły chłopcze — mówił łagodnie profesor Gąsowski. — Spotkała mnie dzisiaj wielka przykrość… Bardzo wielka przykrość… Co tobie jest, czemu się chwiejesz?
— Słabo mi, pani profesorze… — jęknął młodzian.
— Ha! — zdumiał się profesor. — Słabo ci? Ale odpowiadać będziesz?
— Nie mogę, proszę pana profesora…
— Dlaczego? Połóż rękę na sercu i powiedz dlaczego?
— Bo nie jestem przygotowany… Nie umiem… Nie spodziewałem się.
— I ty? I ty, Brutusie? — krzyknął staruszek. — Czy wyście dzisiaj poszaleli?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia