Zamknął oczy i starał się usnąć. W tej chwili dopiero poczuł, jak jest śmiertelnie znużony; więcej go umęczyła rozmowa z tymi obwiesiami niż wszystko inne. A jutro historia się powtórzy. Obwiesie będą węszyli przez cały dzień, lecz niczego nie wywęszą i będą się starali wydrzeć cokolwiek z niego, choćby rozpalonymi obcęgami.
— Spać… spać… — mówił do siebie. — Do jutra daleko…
Przez chwil kilka walczył z widzeniami, co go zaczęły nachodzić tłumnie i roiły się w gęstej, zawiesistej ciemnicy, wreszcie jednak usnął niezdrowym, męczącym snem. Leżał na jakiejś słomie. Wstrząsały nim dreszcze, biegające po zdrętwiałych nogach. Musiał jednak spać przez kilka godzin, kiedy bowiem otworzył oczy, ujrzał od razu, że na wysokości człowieka, w pewnym oddaleniu przecieka przez jakąś szparę blade światło, jak woda, co się sączy przez szczelinę w kadzi.
„Tam muszą być drzwi! — pomyślał. — Szpara jest pod drzwiami… Kiedy mnie tu nieśli, wydawało mi się, że schodzą po kilku schodkach, więc drzwi są wyżej, a ja leżę w jakiejś piwnicy. Piwnica, a może lodownia, znajdować się musi poza domem, bo niesiono mnie przez wolną przestrzeń… Pachnie tutaj zgnilizną starej kapusty… Dobrze, że nie ma szczurów. Och, jak mi ręce zdrętwiały!”
Usiłował przewrócić się na prawy bok, uczynił to jednak tak niezręcznie, że aż krzyknął z bólu.
W tym momencie wzdrygnął się i poczuł, że zimny pot oblał jego czoło: zdawało mu się, że usłyszał jęk. Wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać.
— Kto tam? — zapytał zdławionym głosem.
Odpowiedział mu nowy jęk, już bardzo wyraźny, z mrocznego pobliża.
— Na Boga! Kto tam? — powtórzył gorączkowo.
Zaszemrały jakieś ciche słowa, jakby z największym wymówione trudem.
Adaś skupił się w sobie, rzucił się gwałtownie całym ciałem jak wyjęta z wody ryba i uderzył głową, zapewne o pustą beczkę, bo zadudniło. Głos szemrał za tą beczką. Trzeba było poczołgać się cokolwiek dalej, aby go zrozumieć. Wreszcie Adaś usłyszał słowa jakby obolałe:
— Kto do mnie mówi?
— Francuz! — zaszeptał Adaś ze zdumieniem.
Widmo w mroku przemówiło po francusku.
Adaś zaczął szeptać gorączkowo:
— Mówi więzień… Taki sam jak pan… Będę mówił pańskim językiem, chociaż zapewne źle… Wiem o panu wszystko… Czy pan nie słyszał, jak mnie tu w nocy przynieśli?
— Nie… Ja mam gorączkę… Jestem bardzo chory… Mam zwichniętą rękę.
— Jak długo pan tu jest?
— Nie wiem… Może dwa, może trzy dni…
— O łotry! — mówił Adaś zdławionym głosem. — Czy karmią pana?
— Tak… codziennie… Ale ja chcę pić, pić.
— Nie mogę pana poratować, bo jestem związany…
— Kim pan jest? — pytał Francuz raczej jękiem niż słowami.
— Jestem młodym człowiekiem, który jest wplątany w awanturę z listem Kamila de Berier…
W mrocznym kącie zaległa cisza. Nie było słychać nawet jęku. Francuz, widać, stał się nagle ostrożny i mógł myśleć, że to zasadzka.
— Przysięgam panu, że mówię prawdę! — rzekł Adaś gorąco. — Wiem o panu, ale pan zapewne wie coś i o mnie. Przyjechałem niedawno do Bejgoły.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.