lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 116

— Z tą młodą panną i siwym człowiekiem? — spytał ciemny szept. — Tak… Widziałem pana… To pan chciał ująć w lesie mego… mego…
— Tak, to ja.
— Teraz oni ujęli pana… W jaki sposób?
— Wszystko jedno. Niech pan raczej mówi o sobie.
— Przekleństwo! — jęknął Francuz i zamilkł.
Adaś namyślał się przez chwilę, po czym zaczął mówić powoli, najprostszymi zdaniami, aby go tamten w pełni rozumiał.
— Ponieważ panu trudno mówić, więc ja będę mówił za pana. A pan niech sprostuje nieścisłości. Pan wie, że w domu Gąsowskich znajduje się coś, co zostawił napoleoński oficer. Chciał pan kupić dom, ale go nie sprzedano. Pan źle zrobił, że się pan z nimi nie porozumiał. Czy pan słyszy?
— Słyszę… Proszę mówić dalej.
— Wynalazł pan tych ludzi, aby panu pomogli. Pomagali panu dopóty, dopóki nie dowiedzieli się, że to nie jakaś marna robota, lecz poszukiwanie bogactwa. Czy tak?
— Tak, nie mogę pojąć, w jaki sposób się dowiedzieli?
— Jeden z nich porwał podstępnie stary pamiętnik, w którym jest o tym mowa.
— Ach! — wykrzyknął Francuz. — Teraz rozumiem… Teraz rozumiem…
— Co z panem uczynili?
— Napadli mnie nocą podczas snu i odebrali mi list Kamila de Berier.
— Pan się bronił?
— Tak… Wyłamali mi ręce… Jedną zwichnęli… Związali…
— Kim są ci ludzie?
— Męty. Wynająłem ich.
— W jakim języku porozumiewał się pan z nimi?
— Po rosyjsku. Ja znam jako tako rosyjski język, bo robiłem w Rosji handlowe interesy. Bywałem kiedyś dawno w Łodzi… Jeszcze przed wojną… Znałem tego chudego, bo był lokajem u mojego przyjaciela. Ten chudy przyprowadził mi swoich dwóch przyjaciół… Przeklinam ten dzień… Och, przeklinam ten dzień!…
Francuz umilkł, jak gdyby gryzł swoją własną rozpacz. Adaś słyszał ciężki oddech nieszczęśliwego człowieka i zamilknął również, nie chcąc go męczyć pytaniami.
„Awanturnik… — myślał Adaś. — Awanturnik, który ciężko za to zapłaci. Ale to jeszcze chyba nie koniec. Nie będą go tu trzymali związanego… Ani jego, ani mnie… Potrzymają czas jakiś, aby im nie przeszkadzano w poszukiwaniach. Jeżeli znajdą, wypuszczą nas… Jeżeli jednak nie znajdą? — Zimny dreszcz przemknął po nim. — Jeżeli nie znajdą, gotowi zemścić się w ten sposób, że sami odjadą, a nas tutaj zostawią. Wreszcie nas tu ktoś odnajdzie, ale kiedy i kto? Dom stoi pustką… Ktoś się nim pewnie opiekuje i zajmie się domem, lecz na myśl mu nie przyjdzie, aby zajść do opuszczonego lochu. Może zresztą tutaj zabłądzi, ale wtedy znajdzie… — Groza przejęła Adasia na myśl, co znajdzie. — Trzeba się będzie ratować, ratować za wszelką cenę. Ale jak? Co począć ze związanymi rękami i związanymi nogami? A przecie trzeba będzie ocalić tego biedaka, co tam leży za pustą beczką. Czy ten długo wytrzyma w tej udręce?”
— Panie! — szepnął Adaś. — Niech mi pan powie…
Natężył słuch w tej chwili i ostrzegł go przejmującym głosem:
— Niech pan nic nie mówi… Cicho! Ktoś tu idzie!
Uczyniła się cisza, bo obaj wstrzymali oddech.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia