lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 138

— Załóżcie go nawet w samym parku! — rzekła serdecznie pani Gąsowska.
— Bardzo dziękuję… Jeżeli jednak, proszę pani, zginie na folwarku jaka kura lub kaczka, niech to nie idzie na nasz rachunek, bo my nie jadamy mięsa.
— Ale jabłka jecie, co? — huknął pan Iwo.
— Z przyjemnością — uśmiechnął się Burski.
— Cały sad do was należy!
— Bardzo dziękujemy — rzekł chłopiec, przymykając oczy z zachwytu. — Co mam powiedzieć Adasiowi, gdyby był w obozie?
— Że czuwamy i że czekamy go całym sercem! — zawołał szybko pan profesor.
Burski wymknął się z domu kuchennymi drzwiami i przelazłszy przez mizerny mur chiński, jakim jest płot, dał nurka w zarośla.
Profesor pozostał z Wandzią, aby raz jeszcze odbyć przegląd przygód Adasia. Nie wymawiał zwykłych słów, lecz je sadził jak wyniosłe cyprysy, każde bowiem było wykrzyknikiem, wykrzyknik zaś przypomina kształtem to strzeliste drzewo.
— Dzielny chłopiec! — tak wołał. — Mądra ryba!… I wszystko dla nas!… Dla obcych!… Mogli mu tam łeb ukręcić, a on nic! Nowe pokolenie! Odważne pokolenie!
Spojrzał na dziewczynę z nagłym zajęciem i zapytał, zdumiony:
— A ty czemu płaczesz jak głupia?
— A skąd ja mogę wiedzieć, dlaczego płaczę? — rzekła Wandzia, oblewając słowa rzęsistymi łzami. — Stryjaszek niczego nie rozumie!
Wybiegła z pokoju, gubiąc łzy po drodze.
Stary profesor wzruszył ramionami, dziwując się tej niezgłębionej tajemnicy: płacze, a sama nie wie dlaczego? I jeszcze się zżyma, że on nie rozumie tego, czego i ona nie rozumie.
— Salomon też by nic nie rozumiał — pocieszył się profesor.
Oczekiwał Adasia przez cały dzień, lecz go się nie doczekał. Ani on, ani inni, niecierpliwie czekający. A panna Wanda przypominała marcowy dzień, co to popłacze odrobinę, osuszy łzy błyskiem słońca i znowu popłakuje.
— Ujrzymy go jutro o świcie! — pocieszył ich profesor.
Gdy legł na łoże, westchnął siedem razy, bo nigdy nie wzdychał do pary, zgasił świecę i zanurzył się w sen jak w ciepłą wodę. Nagle mu się wydało, że ktoś leciutko stuka w szybę. Nie mógł przez dłuższą chwilę zrozumieć, czy to naprawdę ktoś puka, czy to tylko jego serce, oczekując gwałtownych zdarzeń. Nie, to nie serce! Więc ostrożnie zwlókł się z łoża i ostrożnie zbliżył do okna. Ten ktoś za oknem, ujrzawszy blade widmo w nocnej koszuli, zaczął mu dawać znaki, a znaki były przyjazne.
— Adaś, jak mi Bóg miły! — szepnął profesor.
Otworzył okno w wielkiej cichości i wyciągnął ręce.
— Panie profesorze! — szepnął Adaś. — Czy mogę wejść przez okno?
— Czemu przez okno?
— Mógłby się ktoś obudzić. I Staszek Burski jest ze mną…
— Właźcie prędko!
— Niech pan profesor nie zapala światła… My widzimy w nocy jak koty… Staszek, właź!
Po chwili zaczęły latać w ciemności gorące szepty:
— Panie profesorze! Znalazłem drzwi!
— Nie może być!
— I drzwi znalazłem, i napis. Wszystko wiem! Teraz trudno o tym opowiadać. Ja tylko na chwilę. Panie profesorze najdroższy! Niech pan teraz o nic nie pyta, bo nie mamy czasu. Czy w domu wszyscy śpią?
— Być może, że tylko Wandzia płacze… Przez cały dzień dzisiaj płakała…
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia