lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 78

— Tak… Jeszcze mam jedną prośbę, ostatnią… Panie Gąsowski! Niech się pan nade mną nachyli… Niech pan słucha: ja mam młodszego brata… Jest kapitanem w cesarskiej gwardii… Gdzie przebywa w tej chwili — nie wiem… Napisałem do niego list… Nikogo więcej nie mam z rodziny na tym świecie, pozostaliśmy my dwaj tylko…
— Bardzo się pan zmęczył, pułkowniku. Jutro mi pan powie resztę!
— Nie, nie! Muszę dzisiaj… Jutro? Mój Boże… Bóg wie, co będzie jutro… Panie! Może się zdarzyć, że mój brat zjawi się tutaj… Nie wiem kiedy — może za pół roku, może za rok… Na imię mu Armand… Niech mu pan pozwoli przebyć tutaj czas niejaki… Niech go pan umieści w tym pokoju… i niech pana nie zdziwi nic, co by uczynił. Czy może mi pan dać na to słowo szlachcica?
Pan Gąsowski, acz nieco zdziwiony, złożył uroczyste przyrzeczenie, że przyjmie radośnie pana Armanda de Berier i zezwoli na wszystko.
— To dobrze… To dobrze!… — szepnął gorąco oficer.
Panu Gąsowskiemu przyszło jednak coś na myśl.
— Panie oficerze — rzekł po dłuższej chwili. — Europa znowu w płomieniach, a brat pański jest żołnierzem… Wszystko się może zdarzyć… Czy ma pan jakieś polecenie na wypadek, gdyby brat pański nigdy się tu nie zjawił?
Śmiertelnie chory człowiek, znużony wysiłkiem rozmowy, wpatrzył się w niego nieprzytomnym wzrokiem, jak gdyby nie mógł pojąć zapytania lub jak gdyby w osłupienie wprawiła go ta słuszna wątpliwość. Musiał zrozumieć wreszcie, że pan Gąsowski stawia pytanie rozumne. Drgnął, sprężył się i z ostatecznym spoconym trudem wykrzyknął:
— Wtedy… wtedy… wszystko pańskie… Pan był dobry…
— Nie rozumiem! — szepnął zdumiony szlachcic.
— Te drzwi! — jęknął oficer. — Te drzwi! Niech pan patrzy…
I omdlał.
— Majaczy! — oświadczył smutno ksiądz Koszyczek, wysłuchawszy relacji pana Gąsowskiego.
— I ja tak myślę… Kazał mi patrzeć na drzwi…
— Bo ujrzał w nich śmierć. Dziwnym cudem trzyma się mizernego ciała ta cierpiąca, żołnierska dusza… Modlę się gorliwie, aby się Bóg nad nią zlitował!
Tej nocy zbudzono księdza Koszyczka, oficer bowiem toczył ostatni, beznadziejny, nierówny bój ze śmiercią, co go goniła przez rosyjskie pustynie i wreszcie odnalazła w tym cichym ukryciu, więc go dopadła — zadyszana. Rzucał się nieprzytomnie na łożu i wydawał dzikie okrzyki, jakby oznajmiał komendę pośród wrzawy bitwy. Wreszcie krzyknął: „Niech żyje Cesarz!” — i jakby w tym okrzyku całe jego mieściło się życie, wykrzyknął z nim i duszę. Okrzyk ten był ostatnim wystrzałem rozpalonego do gorącości działa.
Ksiądz Koszyczek rzewnie błagał Boga, aby nieszczęsnej, udręczonej duszy dał spokój wiekuisty.

7.
„Malarz — co ukradł, mówi, że znalazł”
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia