lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 139

— Och! — westchnął Adaś cichutko.
Przez moment milczenie nasiąkało mrokiem, po czym Adaś zaczął mówić:
— Niech pan profesor będzie taki dobry i pójdzie zobaczyć, czy ktoś nie śpi. We wszystkich oknach ciemno, ale trzeba być ostrożnym.
— Nie rozumiem, o co idzie, ale pójdę. Dziwne rzeczy, dziwne rzeczy!
Jak białe widmo w długiej koszuli, tak długiej jak opowieści o duchach, zniknął za drzwiami.
Obaj chłopcy oczekiwali jego powrotu.
— Czemu panna Wanda przez cały dzień płakała? — spytał Staszek szeptem.
— Skąd ja mogę wiedzieć?
— Śliczna dziewczyna… — szeptał Burski rozmarzony.
— Staszek! Ja…
— Nie kończ! Rozumiem… Byłbym ostatnia małpa… Cicho! Pan profesor powraca…
Biały duch, tym się od zawodowego ducha różniący, że nie kłapał zębami i nie chrzęścił piszczelami, wsunął się do pokoju.
— Cały dom śpi! — oznajmił. — A co teraz?
— Teraz my pójdziemy na strych, a pan profesor niech stoi na czatach. Gdyby schody skrzypnęły i gdyby się kto obudził, niech go pan profesor uspokoi.
— Na strych? Teraz? Piotrusiu! Gdybym nie wiedział, że jesteś przy zdrowych zmysłach…
Adaś zaśmiał się cichutko.
— Niech pan profesor będzie spokojny. Staszek!… Miej latarkę w pogotowiu… Tędy!
Profesor usiadł na łóżku i łowił uchem każdy szmer.
„Czego oni szukają o północy na strychu? — rozmyślał zaniepokojony. — Straszny chłopiec! Jakaś wielka przygotowuje się awantura… Długo nie wracają… Nic nie słychać… Oho! Są…”.
— Wszystko w porządku, panie profesorze — szeptał Adaś rozradowanym szeptem. — Bardzo przepraszam za obudzenie. Jutro się zjawię. Ach! Panie profesorze… Przyjdę ze Staszkiem rano w porze śniadania i wcale się nie będę ukrywał. Przeciwnie, o jedno proszę: niech pan profesor uczyni wielki zgiełk na moje powitanie. Taki zgiełk, żeby z daleka go słyszano. I niech pan profesor będzie zdumiony, że mnie widzi.
— Ja w ogóle będę zdumiony!
— O to idzie, aby nikt nawet nie przypuszczał, że ja tu byłem w nocy.
— Rozumiem! Mam być chytry!… Będę chytry. I będę się darł wniebogłosy. Zresztą gdybym ja tego zaniedbał, mój brat huknie tak, że słychać będzie na trzy mile. Co ty tu masz, chłopcze?
— Nic. Taki sobie drobiazg…
— Na strychu go znalazłeś?
— Tak. Przypomniałem sobie, że to widziałem, kiedyśmy zwiedzali strych. Pamięta pan profesor? Ale my już musimy iść — rzekł szybko, jakby unikając dalszych pytań.
— Znowu przez okno?
— „Z księżycem przez szpary!”, jak mówi Słowacki. Do widzenia, panie profesorze! Staszek, wyłaź pierwszy!
— Chłopcy, na Boga, dokąd wy idziecie?
— „Z dali w dal!”, jak mówi poeta — zaśmiał się cicho Adaś.
— Nie żartuj, Piotrusiu! Czy nic wam nie grozi? Daj mi słowo, że się nie narażasz na niebezpieczeństwo!
— Oho! Staszek-ptaszek już wyleciał! — szepnął Adaś, nie odpowiedziawszy na bolesne pytanie. — Dobranoc, drogi panie profesorze! Niech pan cichutko zamknie okienko… I nikomu ani słowa…
— Piotrusiu!
„Piotrusia” jednakże już nie było. Dwa cienie, skulone i zgarbione, zaczerniły się na chwilę i wsiąkły w mrok jak dwie atramentowe plamy w bibułę.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia