— Dziewczyno, przestań męczyć starego człowieka!
— A czy nie pisał wierszy?
— Wierszy? On? To rozumny chłopak.
— A czy nie zamyślał się tak, że nie wiedział, co się dzieje dokoła niego?
Pan profesor podniósł obie ręce w stronę nieba.
— Stryjaszek nic a nic na tym się nie rozumie! — rzekła panna Wanda z goryczą. — Ja wiedziałabym wszystko od pierwszego dnia.
— Skoroś taka ciekawa, to go sama zapytaj, bo właśnie nadchodzi z tym drugim Ajaksem. Czemu uciekasz? Sfiksowała dziewczyna — mruknął zdumiony.
Adaś nie „nadchodził”, tylko nadbiegł, powiewając z daleka białą płachtą gazety, przeto wyglądał jak parlamentarz białą chorągwią wzywający wroga, aby nie strzelał.
— Ciekawe wiadomości, panie profesorze! — wołał z daleka.
— Na Boga! Chyba nie o nas napisali! — zatrwożył się profesor.
— Nie o nas, tylko dla nas!
Zwołana naprędce „rada familijna” dowiedziała się, że w marnym jakimś zajeździe wileńskim doszło do zbrojnej rozprawy między dwoma dżentelmenami, których starano się pogodzić w komisariacie policji państwowej. Wyszło na jaw przy tej miłej sposobności, że są to osobistości szeroko znane i że władza zbrojna tęskniła za nimi jak słowik za wiosną, więc ich przyjęto radośnie i na czas długi przytulono do policyjnego serca. Powszechny podziw wzbudziło to, że owi dwaj mężowie, z których jeden usiłował zakatrupić drugiego, wiedli bój o starą skrzynkę, napełnioną zardzewiałym żelaziwem.
— Szatańskie zdarzenie! — rzekł pan Gąsowski.
Adaś odetchnął.
— Teraz możemy szukać w spokoju! Jeszcze dzisiaj zaczniemy.
Tego dnia jednakże nie można było przystąpić do wielkiego dzieła, około południa bowiem ujrzano zmierzającą ku domowi dziwną postać: jak gdyby apostoł kroczył w pyle drogi. Odziany w biały, płócienny kitel szedł powoli, podpierając się laską wysoką, jakby pielgrzymią. Brak było tylko uwiązanej u szczytu laski tykwy na wodę, aby pozór pielgrzyma wędrującego do Jerozolimy był zupełny.
— Do nas idzie — rzekła pani Gąsowska. — Znam tę postać…
— Ksiądz Kazuro! — zawołał radośnie Adaś.
— Pokój temu domowi, młodziankowie święci! — mówił starowina, bardzo znużony. — W imię Ojca i Syna! A ty tu skąd? — zdumiał się, ujrzawszy Adasia. — I ten drugi młodzianek święty też tutaj?
Witali go niezmiernie czule i usadowili za stołem, aby odpoczął. Ksiądz Kazuro opowiadał dziwne rzeczy.
— Od wczoraj wędruję — mówił — bo mam wielkie zmartwienie. Wyobraźcie sobie, że ten święty młodzianek przyniósł do mnie chorego Francuza…
— My o wszystkim wiemy, księże dobrodzieju! — huknął pan Gąsowski.
Staruszek spojrzał na niego z zachwytem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.