— A jutro u nas — wtrącił milczący dotąd, bardzo miły chłopiec.
— Kolega Adam Gilewicz, jeśli się nie mylę? — zapytał Adaś uprzejmie. — Bardzo serdecznie dziękuję, lecz jutro będę już daleko.
Ponieważ wieś była smutna, więc należało schwytać miłego gościa chociaż na jeden dzień. Banda otoczywszy go, wiodła w triumfie do Wiliszek. Dwóch wiatronogich gońców pobiegło przodem, aby go oznajmić, pora obiadowa była bowiem bliska. Po krótkiej chwili można było zauważyć krzykliwy rozruch w kurniku, niespodziany bowiem gość na wsi przychodzi razem ze śmiercią niewinnego kurczęcia. Dziw to był zresztą, że w tym domu w ogóle było jeszcze cokolwiek do zjedzenia; uczeni obliczyli ściśle, że w skali żarłoczności dwóch drapichrustów dorównuje jednemu rekinowi, w Wiliszkach było tego tałatajstwa pięcioro, bo i powiewną panienkę z wszelką słusznością należało wpisać do rejestrów bandy.
Pani Niemczewska, właścicielka Wiliszek, mile przyjęła gościa, nie zadając mu żadnych pytań: a skąd? a po co? Był młody i młodość go przyprowadziła. Żadne inne racje nie były potrzebne. Poprosiła go serdecznie, aby zanocował przed dalszą drogą i po obiedzie odwiedził Głodowce, gdzie pozna szlachetnego człowieka, znanego mu zresztą ze Złamanego miecza — pana Rozbickiego.
— Zaprowadzimy go tam po południu — rzekła panienka.
— Nie, Irenko! — powiedziała pani Niemczewska. — Niech oni go zaprowadzą. Ty zostaniesz w domu.
— Ależ, mamusiu! Ta robota poczeka…
— Czeka już od wczoraj, a miała być gotowa dzisiaj.
— To obrzydliwe — mówiła panienka z rozpaczą. — Jak można w czasie wakacji męczyć porządnego człowieka? Proszę sobie wyobrazić — rzekła, zwróciwszy się do Adasia — że mi każą tłumaczyć jakiś francuski list…
— Francuski list? — zapytał Adaś dziwnym głosem.
— Tak. I do tego pisany jakąś niemożliwą, starą francuszczyzną.
— Starą francuszczyzną?… A któż teraz pisze takie listy?
— Ten list nie jest napisany teraz. To jakaś stara, odwieczna epistoła… Tu niedaleko, w Żywotówce, mieszkają jacyś obcy i wczoraj jeden z nich przyniósł do nas ten list i zaczął błagać, aby mu go przetłumaczono. Powiedział, że to bardzo ważny dla niego dokument, że sam nie rozumie francuskiego języka i nie zna nikogo w okolicy, co by mu ten list przełożył. Ponieważ przypuszczał, że ktoś u nas w domu będzie mógł to uczynić, więc prosił i prosił, a mamusia nie umie nigdy odmówić, więc nieszczęście spadło na mnie.
— A kiedy ten obcy ma przyjść po odpowiedź? — spytał Adaś, pilnie bacząc, aby nie zdradzić niepokoju.
— Wieczorem — odpowiedziała pani Niemczewska.
Adaś rozmyślał gwałtownie, po czym rzekł:
— Proszę pani, czy ja nie mógłbym pani pomóc?
— Och! — zawołała panienka. — Z nieba pan spadł.
— Pan jest zmęczony — mówiła pani Niemczewska. — Możesz to zrobić sama. List jest krótki.
— Tym prędzej go przetłumaczymy! — rzekł Adaś z gorączkowym pośpiechem. — Ja znam dość dobrze język francuski, a czego ze starego języka nie zdołamy przetłumaczyć, tego się we dwoje domyślimy. Namiętnie zresztą lubię stare szpargały.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.