— Ba! Mój przodek jeszcze lepsze miewał pomysły. Te trzy praprababki z brzegu, co miały być najstarsze w rodzie, wsadził po namalowaniu do komina, aby je uwędzić „na staro”. Nieszczęsne babki! Opowiadał mi mój ojciec, że jedna z babek zajęła się żywym ogniem i omal nie spaliła domu. Musieli ją na nowo malować, bo się przypiekła. A czy nie zauważyłeś, jak bardzo te twarze są do siebie podobne? To stąd pochodzi, że malarz był mistrzem od czternastu boleści i malował jak przez patron. Byle osoba miała ludzkie kształty i nie przypominała konia. Jednego tylko z moich przodków ozdobił brodą, która podobno była kiedyś ruda, ale ją czas poczernił… Czas, dym, kurz i muchy. Czcigodny przodek, widząc, że mój brat maluje sobie brodę, nie chciał zapewne być gorszy i zażył tego samego środka. Spójrz no, jak ta broda popękała.
— Jakby posiwiała — zaśmiał się Adaś.
Istotnie, rycerska broda jakby wyprzała w niektórych miejscach; w piekielnej jej czerni zdobiły się jaśniejszym tonem zawiłe esy-floresy. Można było przypuścić, że rycerz, korzystając ze spokoju głuchej nocy, wyrywa sobie czasem garść kłaków, po czym przegląda się w lustrze.
— Nie mogę ci, Piotrusiu, ofiarować Francuza — mówił wesoło profesor. — Chyba francuski strój. Widzisz tam w kącie tego chłystka? Na łbie ma brudną perukę, a na gębie nie ma wąsów. Wedle pomysłu mego wybornego dziadka ma to być Eustachy Gąsowski, szambelan króla Stanisława.
— Oj, a czemu on ma tylko jedno oko? Czy był ślepy?
— Broń Boże! To wyborny mój przodek jest temu winien. Z nudów grywał z malarzem w rumel-pikietę, a malarz był oczajdusza. Ponieważ skąpo płacono mu za malowidła, usiłował przeto dorobić się na grze w karty i cyganił. Dziadek wpadł w pasję i posłał znakomitego Apellesa do stu diabłów, nie zważając na to, że właśnie malował jego rodzonego ojca i zrobił mu dopiero jedno oko. I tak już pozostało. Biedny szambelan! Gdybym umiał, namalowałbym mu to oko choćby węglem. Nad czym tak dumasz?
— Szukam Francuza i nie mogę go znaleźć. A za wszelką cenę muszę mieć Francuza.
W tej chwili panna Wanda ukazała się w otwartym oknie.
— Idziemy, panowie! — zawołała tajemniczym głosem.
— Dokąd?
— Na strych, na strych! Panie Adasiu, jazda! Stryjaszku!
— Pójdę z wami — rzekł profesor — ale pod jednym warunkiem.
— Pod jakim?
— Abyście mnie tam, jako starego grata, nie pozostawili wśród rodzinnych gratów.
6.
W mrokach tli się światełko
Źródło tekstu: Wolne Lektury.