— Pan Adam jedzie do nas! — zawołała panienka skwapliwie. — Na całe wakacje! — dodała ciszej.
— Wybornie! Wybornie! — mówił radośnie pan Gąsowski.
Adaś zdziwił się cokolwiek, nikt nigdy nie mówił bowiem o całych wakacjach, lecz spojrzał na dziewczynę z wdzięcznością.
— Teraz siadajcie, dzieci — rzekł pan profesor. — Opowiesz naszemu przyjacielowi, co i jak? Ona o tobie wie wszystko, chłopaczku, z kolei dowiedz się ty o niej. To moja bratanica, a zwie się Wanda.
— Wanda… — szepnął Adaś cichutko, jakby pierwszy raz w życiu usłyszał to wodniste imię.
— Wandeczko, gadaj o wszystkim!
Panienka zmarszczyła czoło, jak gdyby miała wygłosić uczoną rozprawę i pragnęła to uczynić z wielką rozwagą.
„Jak ona ślicznie marszczy czoło” — pomyślał Adam.
Gdyby panience przyszedł do głowy dość nieprawdopodobny pomysł, aby ni z tego, ni z owego kopnąć stół, Adaś pomyślałby z zachwytem: „Jak ona ślicznie kopie stół”.
— Panie Adasiu — mówiła dziewczyna powoli — u nas na wsi dzieją się dziwne rzeczy…
— Oni mają wieś niedaleko Wilna — objaśnił profesor. — Od trzystu lat w naszej rodzinie… Mów dalej!
— Do niedawna nic nadzwyczajnego tam się nie zdarzało. Spokojnie było zawsze i cicho. Ani do nas nikt nie przyjeżdża, ani my nie jedziemy do nikogo… Wieś jest zapadła. Mamusia prowadzi gospodarstwo, a ojciec…
— Ojciec, to znaczy mój brat, bawi się matematyką — wtrącił głuchym głosem profesor. — Wyższą matematyką! — dodał ponuro. — Liczy i liczy, tylko nigdy się nie może doliczyć podatków. Matematycy mają zwykle hyzia, rozumiesz? Ja historyk, brat matematyk… Nieszczęsna rodzina! Zresztą wszystko jedno… I cóż dalej?
— Przed pół rokiem zaczęły się dziać niezrozumiałe historie. Najpierw zjawił się jakiś Francuz i prosił, aby mu było wolno obejrzeć wnętrze naszego dworu.
— Pod jakim pozorem? — zapytał Adaś, pilnie słuchający.
— Coś o tym mówił, że pisze książkę i chciałby poznać stare domy.
— Francuz pisze książkę o starych domach? — zapytał Adaś. — Czy ojciec pani pozwolił?
— Oczywiście. Mnie wtedy nie było w domu, bo prawie przez cały rok mieszkam w Wilnie u krewnych. Ja chodzę w Wilnie do gimnazjum. Mamusia opowiadała mi jednak, że ten obcy zwiedził nasz dwór w bardzo dziwny sposób. Nie oglądał ani obrazów, ani makat, ani ścian… Niczego nie oglądał, tylko pilnie badał wszystkie drzwi.
— Drzwi? — zdumiał się Adaś.
— Wariat! — rzekł pan profesor. — I we Francji wariatów nie brak. Przecie nie pisze książki o drzwiach?
— Matka opowiada, że nieznacznie wydobył z kieszeni jakieś ostre narzędzie i zaczął skrobać jedne drzwi w pokoju ojca. Stropił się bardzo, gdy to zauważono, i pożegnał się szybko.
— Nie powrócił?
— O, nie, ale po pewnym czasie zjawił się nieznany jegomość, jakiś ajent czy pośrednik, i oświadczył, że ktoś, komu się bardzo podoba nasza okolica, pragnie kupić nasz majątek. Zaofiarował znaczną sumę. Tatuś mówi, że wszystko razem, z martwym i żywym inwentarzem, niewarte jest nawet połowy tych pieniędzy. Śmiał się i dodał, że nawet z nim razem.
— A co zrobił?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.