lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 124

— Oczywiście! — rzekł Burski. — Tylko że to dłużej potrwa, ale za to będzie bezpieczniej. I tak się boję o łódź! Strasznie rzuca… I o obóz się boję, czy nie popłynął. Zostawiliśmy jednego na straży, ale nie wiem, czy sobie da radę. Ach, prawda! Adasiu… Czy wiesz, kto tam został?
— Skąd mogę wiedzieć?
— Szostak!
— A któż to jest Szostak?
— Boże miły! Ten, w którego księgach nitka udawała setkę.
— Nie może być! Jakbyście się zmówili… Chłopcy, bez gwałtownych ruchów!… A teraz gadaj, Stasieńku, skąd wam przyszło do głowy szukać mnie w lochu?
— Nikt niczego o tobie nie wiedział. Przekonani byliśmy, że jesteś nad morzem. Mieliśmy jednakże od pewnego czasu oko na ten dom. Wiedzieliśmy, że ktoś w nim mieszka, ale nie wiedzieliśmy kto. Nie mieliśmy zresztą żadnych interesów po tej stronie wody. Przed trzema jednakże dniami zwróciliśmy na to uwagę, że się w tym domu dzieje coś niezwykłego. Pewnej cichej nocy odbyła się tam jakaś gruba awantura. Słyszeliśmy rozpaczliwe krzyki.
— To ten Francuz musiał wołać o pomoc! — rzekł Adaś, wskazując ruchem głowy bladą marę, co leżała w łodzi z głową opartą na kolanach jednego z rycerskiego hufca.
— Aha! Strasznie krzyczał… Potem wszystko ucichło… Dwóch z nas zrobiło wywiad, ale, zdaje się, dom opustoszał. Tymczasem wczorajszej nocy przed północą usłyszeliśmy rozpaczliwe wołanie o ratunek, a po wodzie głos bardzo niesie…
— To ja wrzeszczałem — oznajmił Adaś.
— Doskonale to zrobiłeś — rzekł Burski z gorącym uznaniem. — Musiano cię słyszeć na dwie mile dookoła. Powiedzieliśmy sobie: „Czuj duch! Tam się odbywają nieczyste historie!” Nie śmieliśmy jednak zrobić wyprawy w biały dzień. Aż tu nagle wali się pod wieczór ta burza! Więc my do łodzi i jazda… Dom ciemny i pusty… Zajrzeliśmy we wszystkie kąty i już chcieliśmy wiać z powrotem, bo niemiłosiernie lało, lecz mnie jakby coś tknęło. W świetle błyskawicy dojrzałem loszek, zamknięty na potężną kłódkę. Pomyślałem sobie tak: dom jest ledwie i jako tako zamknięty, a głupia piwnica zamknięta jest na amen. Coś tam musi być w tej piwniczce!
— Sokrates jest wobec ciebie bałwan, miły Stasiu. Ocaliłeś mnie i tego biedaka. Nigdy ci tego nie zapomnę!
— Ja tobie też nigdy rozmaitych rzeczy nie zapomnę — odrzekł Burski głębokim głosem.
Milczeli przez chwilę, ostrożnie i pracowicie przedzierając się przez zbełtane wody. Łódź posuwała się coraz ciężej. I w niej było mnóstwo wody, którą czerpali dłońmi i czapkami.
— Daleko jeszcze? — spytał Adaś.
— Nie bardzo, możemy jednak nie dopłynąć… Ale tutaj płytko… Może by brzegiem…
— Francuz nie dojdzie — mruknął Adaś.
— Kto to taki? — spytał Burski bardzo cicho.
— Wszystko ci opowiem, ale nie teraz. Musimy go dostawić w jakieś bezpieczne miejsce.
— Będą go szukali?
— Z pewnością. I jego, i mnie. Ja się rozwieję w dym, ale on jest chory. Trzeba go będzie schować na kilka dni, a potem sobie odjedzie.
— Ty, oczywiście, zapadniesz u nas w obozie?
— Nie — odrzekł Adaś po namyśle. — Jeśli gdzieś będą szukali, to u was, Stasiu! Kto tu dowodzi?
— Ja!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia