— Już ci się nie uda, potworny chłopcze, ocyganić mnie po raz drugi. Przypadek wydał mnie w twoje ręce, a moje ręce mogą cię zmiażdżyć. Już ci się nie uda! „Ostrzeżony — uzbrojony”. Rozumiesz? Twój cały spryt nie jest wart funta kłaków, bo na sposoby są sposoby.
— Na niego nie ma, panie profesorze! — zawołał ktoś z głębi „sceny”.
— Tak myślisz? — mówił pan Gąsowski drwiąco, nie raczywszy nawet spojrzeć na bezczelnego śmiałka. — Taki on jest chytry? Ejże? Zje diabła, jeśli zdoła odgadnąć to, co ja teraz na was wymyślę. Czy pan słyszy, panie Cisowski? Zje pan diabła z buraczkami!
— Gdyby pan profesor pozwolił spróbować… — bąknął Cisowski nieśmiało.
Staruszek cofnął morderczo wysunięty palec, usiłował natomiast zamienić zdumione swoje oczy w dwa sztylety. Takim okropnym spojrzeniem, sięgającym dna serca, umiał Napoleon przewiercać na wylot swoich marszałków. Gdyby nieszczęsny Cisowski miał w sobie poczucie przyzwoitości, powinien był w tej chwili zakwilić krótkim, cichym jękiem, za czym wykopyrtnąć się i wypuścić z siebie omdlałego ducha, aby już więcej nie wstać. Pan profesor zdumiał się niepomiernie, że jeszcze przed nim nie leży smętny kadawer, lecz że wciąż stoi krępy i zuchwały dryblas, który się nazywał Cisowski. Jeszcze żyje! I nie tylko żyje, lecz się łagodnie uśmiecha… Z tym należy uczynić koniec.
— Pragniesz próby? — zawołał staruszek wielkim głosem. — Okpiłeś mnie i myślisz, że ci się uda po raz drugi? A więc dobrze! Spróbujemy się… Zapowiadam ci jednak, a wszystkich tu obecnych wzywam, aby byli świadkami, że marny będzie twój los. Może jestem słaby, może jestem nawet łagodny, ale dla ciebie nie będę ani słaby, ani łagodny. Pasy z ciebie… nie, to na nic!… Nie będę cię znał, imię twoje będzie dla mnie przeklęte. Wyrzucę cię za drzwi z mojego serca. Słyszysz? Precz z mojego serca… I całą klasę razem z tobą, bo to twoi wspólnicy. No i jakże będzie? Zgodzisz się na próbę?
Chłopiec zawahał się. Poza sobą usłyszał szmer, jakby ciche brzęczenie pszczoły: to szemrała trwoga całej klasy, widać bowiem było, że przezacny staruszek, którego można było przyłożyć do rany, tym razem nie żartuje, a musi być pewny swego, gdyż dojrzawszy cień zwątpienia na bladej twarzy Cisowskiego, zaśmiał się jadowicie, oczywiście w granicach możliwości, jak kiepski aktor, który straszliwca udaje.
— Cha, cha! Tchórz cię obleciał, co?! — wykrzyknął, wielce z siebie rad. — Fugas chrustas! Trafiło się ślepej kurze ziarno, więc myśli, że wszystkie pojadła rozumy… Szatan z Kaczego Dołu, czarnoksiężnik z teatru dla dzieci. Siadaj, panie Cisowski, zakryj rękami bezczelną twarz i wstydź się!
— Spróbuję, panie profesorze — rzekł chłopak. — Niech pan profesor powie, jak mam to zrobić?
Szmer klasy zmienił się w trwożny pomruk.
Staruszek, cokolwiek stropiony, myślał przez chwilę, potem mówił głosem tak zimnym, że słowa wyglądały jak lodowe sople:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.