I oddalił się, a oni skręcili z placu modlitwy przez ciemne uliczki ku szałasom. Szli długo, gdyż miasto było rozciągnięte na ogromnej przestrzeni. Nel, zbiedzona przez trudy, głód, bojaźń i okropne wrażenia całego dnia, poczęła ustawać. Idrys i Gebhr napędzali ją, by szła prędzej. Lecz po pewnym czasie nogi omdlały zupełnie pod nią. Wtedy Staś wziął ją bez namysłu na ręce i niósł. Po drodze chciał do niej mówić, chciał się usprawiedliwić przed nią, że nie mógł inaczej postąpić, ale myśli zdrętwiały i jakby obumarły mu w głowie, tak że powtarzał tylko w kółko: „Nel! Nel! Nel!” — i tulił ją do siebie nie mogąc nic więcej powiedzieć. Po kilkudziesięciu krokach Nel usnęła mu z wyczerpania na ręku, więc szedł w milczeniu wśród ciszy uśpionych uliczek przerywanej tylko rozmową Idrysa i Gebhra.
A ich serca przepełniała radość, co było rzeczą pomyślną dla Stasia, inaczej bowiem może by znowu chcieli ukarać go za zuchwałe odpowiedzi Mahdiemu. Byli jednak tak zajęci tym, co ich spotkało, że nie mogli myśleć o czym innym.
— Czułem się chory — mówił Idrys — ale widok proroka uzdrowił mnie.
— Jest on jak palma na pustyni i jako zimna woda w dzień upalny, a słowa jego są jako dojrzałe daktyle — odpowiedział Gebhr.
— Kłamał Nur-el-Tadhil mówiąc, że on nie dopuści nas przed swe oblicze. Dopuścił, pobłogosławił i kazał nas obdarzyć Abdullahiemu.
— Który obdarzy nas hojnie, albowiem wola Mahdiego jest święta.
— Bismillach! Niechaj tak będzie, jak mówisz — ozwał się jeden z Beduinów.
A Gebhr począł marzyć o całych stadach wielbłądów, bydła rogatego, koni i o workach pełnych piastrów.
Z tych marzeń rozbudził go Idrys, który wskazawszy na Stasia niosącego uśpioną Nel zapytał:
— A co uczynimy z tym szerszeniem i z tą muchą?
— Ha! Smain powinien wynagrodzić nas za nich osobno.
— Skoro prorok mówi, że na żadne układy z niewiernymi nie pozwoli, to Smainowi nic już na nich nie zależy.
— W takim razie żałuję, że nie dostali się w ręce kalifa, który byłby nauczył tego szczeniaka, co to jest szczekać przeciw prawdzie i bożemu wybrańcowi.
— Mahdi jest miłosierny — odpowiedział Idrys.
Po czym zastanowił się przez chwilę i rzekł:
— Jednakże Smain mając oboje w ręku będzie pewien, że ani Turcy, ani Anglicy nie zabiją jego dzieci i Fatmy.
— Więc może nas wynagrodzi?
— Tak. Niech ich poczta Abdullahiego zabierze sobie do Faszody. Nam spadnie ciężar z głowy. A gdy Smain tu powróci, upomnimy się u niego o zapłatę.
— Mówisz zatem, że pozostaniemy w Omdurmanie?
— Allach! Nie dość ci drogi z Fajumu do Chartumu? Przyszedł czas na odpoczynek.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.