Czekał jednak na wzejście księżyca, gdyż noc była nadzwyczaj ciemna, i dopiero gdy dżungla posrebrzała od jego blasku, zawołał Kalego i rzekł:
— Kali, zabierz Sabę do drzewa, zatkaj wejście cierniem i pilnujcie mi z Meą panienki jak oka w głowie, a ja pójdę zobaczyć, co to za ludzie są tam w tym obozowisku.
— Pan wielki wziąć z sobą Kalego i strzelbę, która zabija złe zwierzęta. Kali nie zostać!
— Zostaniesz! — rzekł stanowczo Staś — i zakazuję ci iść za mną.
Po czym zamilkł na chwilę, a następnie ozwał się głuchym nieco głosem:
— Kali, jesteś wierny i roztropny, więc ufam, że spełnisz to, co ci powiem. Gdybym nie wrócił, a panienka umarła, to zostawisz ją w drzewie, ale naokoło drzewa wzniesiesz wysoką zeribę, a na korze wytniesz taki oto wielki znak.
I wziąwszy dwa bambusy złożył je w krzyż.
Po czym tak mówił dalej:
— Jeśli zaś bibi nie umrze, ale ja nie wrócę, to będziesz ją czcił i służył wiernie, a potem zaprowadzisz ją do swego ludu i powiesz wojownikom Wa-hima, żeby szli z nią ciągle na wschód, aż do Wielkiego Morza. Tam znajdziesz białych ludzi, którzy wam dadzą dużo strzelb, prochu, paciorków, drutu i tyle płótna, ile zdołacie unieść. Zrozumiałeś?
A młody Murzyn rzucił się przed nim na kolana, objął jego nogi i począł powtarzać żałośnie:
— O bwana kubwa! wrócić, wrócić, wrócić!
Stasia wzruszyło przywiązanie czarnego chłopaka, więc schylił się, położył mu rękę na głowie i rzekł:
— Idź do drzewa, Kali, i… niech cię Bóg błogosławi!
Zostawszy sam namyślał się jeszcze przez chwilę, czy nie wziąć z sobą osła. Było to bezpieczniej, albowiem lwy w Afryce, zarówno jak tygrysy w Indiach, w razie spotkania człowieka jadącego na koniu lub ośle rzucają się zawsze na zwierzę, nie na człowieka. Ale zadał sobie pytanie, kto w takim razie będzie nosił namiot Nel i na czym ona sama pojedzie? Po tej uwadze odrzucił natychmiast myśl zabrania osła i puścił się piechotą w dżunglę.
Księżyc wypłynął już wyżej na niebo, było przeto znacznie widniej. Jednakże trudności rozpoczęły się zaraz, jak tylko chłopiec zanurzył się w trawy, które wyrosły już tak wysoko, że i człowiek na koniu mógł się w nich z łatwością ukryć. Nawet w dzień nie było w nich na krok nic widać, a cóż dopiero w nocy, kiedy księżyc oświecał tylko ich wierzchołki, a niżej wszystko pogrążone było w głębokim cieniu. W takich warunkach łatwo jest zmylić drogę i chodzić w kółko, zamiast posuwać się naprzód; Stasiowi dodawała wszelako odwagi ta myśl, że naprzód, obozowisko, ku któremu szedł, było odległe od cypla co najwyżej o trzy lub cztery mile angielskie, a po wtóre, że dym ukazał się między wierzchołkami dwóch wyniosłych pagórków — zatem nie tracąc z oczu pagórków nie można było zbłądzić. Ale trawy, mimozy i akacje przesłaniały wszystko. Na szczęście co kilkadziesiąt kroków wznosiły się kopce termitów, wysokie niekiedy na kilkanaście stóp. Staś ustawiał ostrożnie strzelbę pod każdym kopcem, potem wdrapywał się na jego szczyt — i dojrzawszy wzgórza rysujące się czarno na tle nieba, złaził i szedł dalej.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.