Stasiowi przyszło do głowy, że gdyby Nel była Murzynką, zostałaby natychmiast porwana, i że ocalenie zawdzięcza także i zdziwieniu zwierzęcia, które ujrzawszy po raz pierwszy nie znaną sobie istotę nie było na razie pewne, co ma uczynić.
I mróz przeszedł znów przez kości chłopca.
— Bogu dzięki! Bogu dzięki, żem wrócił!…
Po czym pytał dalej:
— Coś sobie w tej chwili myślała?
— Chciałam na ciebie zawołać i… nie mogłam… ale…
— Ale co?
— Ale myślałam, że ty mnie obronisz… Sama nie wiem…
To powiedziawszy zarzuciła mu znów ramionka na szyję, a on począł głaskać jej czuprynkę.
— Nie boisz się już?
— Nie.
— Moje małe Mzimu! moje Mzimu! — widzisz, co to jest Afryka!
— Tak, ale ty zabijesz każde szkaradne zwierzę.
— Zabiję.
Oboje znów zaczęli się przyglądać drapieżnikowi. Staś chcąc zachować na pamiątkę jego skórę kazał ją Kalemu ściągnąć, ale ów z obawy, by drugi wobo nie wylazł do niego z wąwozu, prosił, by go nie zostawiali samego, a na pytanie, czy rzeczywiście boi się więcej wobo niż lwa, rzekł:
— Lew ryczeć w nocy i nie przeskoczyć przez częstokół, a wobo przeskoczyć w biały dzień i zabić dużo Murzynów w środku wsi, a potem porwać jednego i zjeść. Od wobo włócznia nie obroni ani łuk, tylko czary, bo wobo zabić nie można.
— Głupstwo — rzekł Staś. — Przypatrzże się temu, czy nie dobrze zabity?
— Biały pan zabić wobo, czarny człowiek nie zabić! — odpowiedział Kali.
Skończyło się na tym, że olbrzymiego kota przywiązano sznurem do konia — i koń zawlókł go do obozu. Stasiowi jednak nie udało się zachować jego skóry, a to z przyczyny Kinga, który domyśliwszy się widocznie, że wobo chciał porwać jego panienkę, wpadł w taki szał gniewu, że nawet rozkazy Stasia nie zdołały go pohamować. Porwawszy trąbą zabite zwierzę wyrzucił je dwukrotnie w górę, po czym zaczął bić nim o drzewo, a w końcu potratował je nogami i zmienił w rodzaj bezkształtnej masy przypominającej marmeladę. Staś zdołał ocalić tylko szczęki, które z resztkami łba położył na drodze kolumny mrówek, te zaś w ciągu godziny oczyściły kości tak znakomicie, że nie zostało na żadnej ani atomu mięsa lub krwi.
ROZDZIAŁ XL
W cztery dni później Staś zatrzymał się na dłuższy wypoczynek na wzgórzu podobnym nieco do Góry Lindego, ale mniejszym i ciaśniejszym. Tego samego wieczora Saba zagryzł po ciężkiej walce wielkiego samca pawiana, którego napadł w chwili, gdy ów bawił się szczątkami latawca, drugiego z rzędu z tych, które dzieci puściły przed wyruszeniem do oceanu. Staś i Nel korzystając z postoju postanowili kleić ciągle coraz nowe, ale puszczać je tylko wówczas, gdy silny musson będzie dął z zachodu na wschód. Staś liczył na to, że jeśli choć jeden wpadnie w ręce europejskie lub arabskie, zwróci na siebie niezawodnie nadzwyczajną uwagę i przyczyni się do wysłania umyślnej na ich ratunek wyprawy. Dla tym większej pewności obok napisów angielskich i francuskich dodawał i arabskie, co nie przychodziło mu z trudnością, albowiem język arabski znał doskonale.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.