lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 230

— Gdyby były blisko, to znaleźlibyśmy je i tak, a jeśli są daleko, to wypukłości gruntu ogień zasłonią. Ta płaszczyzna pozornie jest równa, a w rzeczywistości cała w garbach, pofalowana jak ocean. Przy tym cofając się stracilibyśmy ostatecznie możliwość znalezienia nawet ich śladów.
— Mów otwarcie, nie masz żadnej nadziei?
— Mój drogi, my jesteśmy dorośli, silni i zaradni mężczyźni, a pomyśl, co by się z nami stało, gdybyśmy się znaleźli tu tylko we dwóch, nawet z bronią, ale bez zapasów i bez ludzi…
— Tak! niestety, tak… Wyobrażam sobie dwoje dzieci idących w taką noc przez pustynię.
— Głód, pragnienie, dzikie zwierzęta…
— A jednak chłopiec pisze, że szli tak długie miesiące.
— Toteż jest w tym coś, co przechodzi moją wyobraźnię.
Przez dłuższy czas słychać było wśród ciszy tylko skwierczenie tytoniu w fajkach. Doktor zapatrzył się w blade głębie nocy, po czym ozwał się przyciszonym głosem:
— Późno już, ale sen mnie odbiega… I pomyśleć, że oni, jeśli żyją, to błądzą tam gdzieś przy księżycu, wśród tych suchych wrzosów… sami… takie dzieci! Pamiętasz, Glen, anielską twarz tej małej?
— Pamiętam i nie mogę zapomnieć.
— Ach! dałbym sobie rękę uciąć, gdyby…
I nie dokończył, albowiem kapitan Glen zerwał się jak oparzony.
— Raca w oddali! — krzyknął — raca!
— Raca! — powtórzył doktor.
— Jakaś karawana jest przed nami.
— Która może znalazła dzieci!
— Może. Spieszmy ku niej!
— Naprzód!
Rozkazy kapitana rozległy się w jednej chwili w całym obozie. Zanzibarczycy zerwali się na nogi. Niebawem pozapalano pochodnie. Glen w odpowiedzi na daleki sygnał polecił wypuścić kilka rac, jedną po drugiej, a następnie dawać raz po raz karabinowe salwy. Zanim upłynął kwadrans, cały obóz był już w drodze.
Z dala odpowiedziały strzały. Nie było już żadnej wątpliwości, że to jakaś europejska karawana wzywa z niewiadomych przyczyn pomocy.
Kapitan i doktor biegli na wyścigi, miotani na przemian obawą i nadzieją. Znajdą dzieci czy ich nie znajdą? Doktor mówił sobie w duszy, że jeśli nie, to w dalszej drodze będą mogli chyba szukać tylko ich zwłok wśród tych okropnych wrzosowisk.
Po upływie pół godziny jedna z takich wypukłości gruntu, o jakich mówili poprzednio, zasłoniła obu przyjaciołom dalszy widok. Ale byli już tak blisko, że słyszeli wyraźnie tętent koni. Jeszcze kilka minut — i na grzbiecie wzniesienia pojawił się jeździec trzymający przed sobą duży, białawy przedmiot.
— W górę pochodnie — skomenderował Glen.
W tej samej chwili jeździec osadził konia w kręgu światła.
— Wody! Wody!
— Dzieci! — zakrzyknął doktor Clary.
— Wody! — powtórzył Staś.
I prawie rzucił Nel w ręce kapitana, a sam zeskoczył z siodła.
Lecz natychmiast zachwiał się i padł jak martwy na ziemię.
ZAKOŃCZENIE
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia