lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 232

W czasie drogi dopiero rozpoczęły się opowiadania o przygodach dwojga małych podróżników. Staś, trochę niegdyś skłonny do chełpliwości, teraz nie chełpił się wcale. Po prostu zbyt wielu rzeczy dokonał, zbyt dużo przeszedł, zbyt się rozwinął, by nie miał rozumieć, że słowa nie powinny być większe od czynów. Było zresztą dość samych czynów, choćby opowiadanych jak najskromniej. Co dzień, w czasie upalnych „białych godzin” i wieczorami na postojach — przed oczyma kapitana Glena i doktora Clarego przesuwały się jakby obrazy tych zdarzeń i wypadków, przez które przeszły dzieci. Widzieli więc porwanie z Medinet-el-Fajumu i straszną drogę na wielbłądach przez pustynię — i Chartum, i Omdurman, podobne do piekła na ziemi — i złowrogiego Mahdiego. Gdy Staś opowiadał, co odrzekł Mahdiemu, gdy ów namawiał go do zmiany wiary, obaj przyjaciele powstali i każdy z nich uścisnął silnie prawicę Stasia, po czym kapitan rzekł:
— Mahdi już nie żyje!
— Mahdi nie żyje? — powtórzył ze zdumieniem Staś.
— Tak — ozwał się doktor. — Zatchnął się własnym tłuszczem, czyli inaczej mówiąc umarł na serce, a panowanie po nim objął Abdullahi.
Nastało długie milczenie.
— Ha — rzekł Staś — nie spodziewał się, gdy nas wyprawiał na zgubę do Faszody, że śmierć pierwej jego dosięgnie…
Po chwili zaś dodał:
— Ale Abdullahi jeszcze od Mahdiego okrutniejszy.
— Toteż zaczęły się już bunty i rzezie — odpowiedział kapitan — i cała ta budowa, którą wzniósł Mahdi musi prędzej lub później runąć.
— A co potem nastąpi?
— Anglia — rzekł kapitan.
W dalszym ciągu drogi Staś opowiadał o podróży do Faszody, o śmierci starej Dinah, o wyruszeniu z Faszody do bezludnych okolic i o poszukiwaniu w nich Smaina. Gdy doszedł do tego, jak zabił lwa, a następnie Gebhra, Chamisa i dwóch Beduinów, kapitan przerwał mu tylko dwoma słowami: All right!, po czym znów uścisnęli jego prawicę i obaj z Clarym słuchali ze wzrastającym zajęciem dalej: o oswojeniu Kinga, o osiedleniu się w „Krakowie”, o febrze Nel, o znalezieniu Lindego i o latawcach, które dzieci puszczały z gór Karamojo. Doktor, który z każdym dniem przywiązywał się coraz mocniej do małej Nel, przejmował się tak dalece wszystkim, co jej najbardziej groziło, że co pewien czas musiał pokrzepiać się kilku łykami brandy, a gdy Staś jął opowiadać, jak o mało Nel nie stała się łupem straszliwego wobo, czyli abassanto, porwał dziewczynkę na ręce i długo nie chciał jej puścić, jakby w obawie, by jakiś nowy drapieżnik nie zagroził jej życiu.
Co zaś i on, i kapitan myśleli o Stasiu, dowodem tego były dwie depesze, które w dwa tygodnie po przybyciu do podnóża Kilima-Ndżaro wysłali przez umyślnych na ręce zastępcy kapitana w Mombassa wraz z poleceniem, by ów przesłał je dalej do ojców. Pierwsza z nich, zredagowana ostrożnie w obawie, by nie uczyniła zbyt piorunującego wrażenia, i wysłana do Port-Saidu, zawierała słowa następujące:
„Dzięki chłopcu wiadomość pomyślna o dzieciach. Przyjeżdżajcie do Mombassa.”
Druga zupełnie już wyraźna, z adresem: „Aden”, brzmiała:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia