— Jak tu dobrze, Stasiu! — zawołała. — Patrz, i podłoga nawet wylana jest żywicą. Będzie nam tu doskonale.
— Jutro dopiero obejrzę dokładnie całą posiadłość — odpowiedział — wnosząc jednak z tego, com dziś widział, można by tu mieszkać choć całe życie.
— Żeby z tatusiami, to można by. Ale jak się będzie nazywała posiadłość?
— Góra powinna się nazywać w geografii Górą Lindego, a ta wioska niech się nazywa tak jak ty: Nel.
— To i ja będę w geografii? — zapytała z wielką radością.
— A będziesz, będziesz — odpowiedział z całą powagą Staś.
ROZDZIAŁ XXXV
Na drugi dzień popadywał trochę deszcz, ale że były i godziny pogody, więc Staś wybrał się wczesnym rankiem na zwiedzanie posiadłości i do południa obejrzał wszystkie jej kąty doskonale. Przegląd wypadł na ogół świetnie. Naprzód, pod względem bezpieczeństwa, Góra Lindego była jakby wybranym miejscem w całej Afryce. Zbocza jej okazały się dostępne chyba dla szympansów. Lwy ani pantery nie mogłyby się po nich wdrapać na szczytową płaszczyznę. Co do skalistego grzbietu, dość było umieścić przy wejściu Kinga, aby spać bezpiecznie na oba uszy. Staś doszedł do przekonania, że potrafiłby się tu obronić nawet mniejszym oddziałom derwiszów, gdyż droga wiodąca na górę była tak wąska, że King zaledwie przez nią przeszedł — i człowiek uzbrojony w dobrą broń mógł nie przepuścić żywego ducha. W środku „wyspy” biło źródło chłodnej, czystej jak kryształ wody, które zmieniało się w strumień i biegnąc wężowato wśród bananowych gajów spadało wreszcie ze stromego wiszaru do rzeki, tworząc wąski, podobny do białej taśmy wodospad. W południowej stronie „wyspy” leżały pola pokryte bujnie maniokiem, którego korzenie dostarczają Murzynom ulubionego pokarmu, a za polami wznosiły się grupy wyniosłych niezmiernie palm kokosowych z koronami w kształcie wspaniałych pióropuszów.
„Wyspę” otaczało morze dżungli i widok z niej był ogromnie rozległy. Od wschodu siniało pasmo gór Karamojo. Na południu widać było też znaczne wyniosłości, które, wnosząc z ich ciemnej barwy, musiały być pokryte lasem. Natomiast ze strony zachodniej wzrok leciał aż do granicy widnokręgu, na której dżungla stykała się z niebem. Staś dojrzał jednakże za pomocą lunety Lindego liczne parowy i rozrzucone rzadko potężne drzewa, wznoszące się jak kościoły nad trawami. W miejscach, gdzie trawy nie wybujały jeszcze zbyt wysoko, nawet gołym okiem można było zobaczyć całe stada antylop i zebr lub gromady słoni i bawołów. Tu i ówdzie żyrafy pruły szarozieloną powierzchnię dżungli, jak statki prują powierzchnię morza. Tuż nad rzeką igrało kilkanaście kozłów wodnych a inne wynurzały co chwila swe rogate łby z głębiny. Tam gdzie toń była spokojna, wyskakiwały nad nią co chwila owe ryby, które łowił Kali, i migocąc jak srebrne gwiazdy w powietrzu, zapadały na powrót w wodę. Staś obiecywał sobie przyprowadzić tu, gdy się pogoda ustali, Nel i pokazać jej całą tę menażerię.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.