— Jakże będziesz mogła nie przemówić do niego ani słowa i jednocześnie powiedzieć mu, że jest szkaradny?
Brewki Nel podniosły się do góry i na twarzy odbiło się zakłopotanie, po czym odrzekła:
— Pozna to z mojej miny.
— Chyba. Ale on nie jest winien, bo nie mógł wiedzieć, co się dzieje. Pamiętaj także, że potem przyszedł nam na ratunek.
Wspomnienie to złagodziło trochę gniew Nel, nie chciała jednak udzielić od razu winowajcy przebaczenia.
— To dobrze — rzekła — ale kto jest prawdziwym dżentelmenem, ten nie powinien szczekać na powitanie.
Staś uśmiechnął się znowu:
— Prawdziwy dżentelmen nie szczeka i na pożegnanie, chyba że jest psem, a Saba jest nim.
Lecz po chwili smutek zamglił oczy chłopca — westchnął raz, drugi, po czym wstał z kamienia, na którym siedzieli, i rzekł:
— Najgorsze to, że nie mogłem ciebie uwolnić.
A Nel wspięła się na paluszki i zarzuciła mu ręce na szyję. Chciała go pocieszyć, chciała z bliska, z noskiem przy jego twarzy, wyszeptać podziękowanie, ale ponieważ nie umiała znaleźć słów odpowiednich, więc ścisnęła go tylko jeszcze mocniej za szyję i pocałowała w ucho. Tymczasem Saba, który spóźniał się zawsze — nie tyle dlatego, że nie mógł zdążyć za wielbłądami, ile dlatego, że polował po drodze na szakale lub obszczekiwał sępy siedzące na zrębach skał — nadleciał z nie mniejszym niż zwykle hałasem. Dzieci na jego widok zapomniały o wszystkim i mimo ciężkiego ich położenia zwykłe pieszczoty i zabawy rozpoczęły się na dobre, póki nie przerwali ich Arabowie. Chamis dał psu jeść i wody, po czym siedli wszyscy na wielbłądy i ruszyli w największym pędzie na południe.
ROZDZIAŁ XII
Był to najdłuższy etap, jechali bowiem z małą tylko przerwą przez godzin osiemnaście. Tylko prawdziwie wierzchowe wielbłądy mające dobry zapas wody w żołądkach mogą taką drogę wytrzymać. Idrys nie oszczędzał ich, albowiem bał się rzeczywiście pogoni. Rozumiał, że musiała już od dawna wyruszyć, a przypuszczał, że obaj inżynierowie znajdują się na jej czele i że czasu nie tracą. Niebezpieczeństwo groziło od strony rzeki, albowiem było rzeczą pewną, że zaraz po porwaniu dzieci zostały wysłane rozkazy telegraficzne do wszystkich osad pobrzeżnych, ażeby szejkowie czynili wyprawy w głąb pustyni na obie strony Nilu i zatrzymywali wszystkich jadących na południe. Chamis zapewniał, że rząd i inżynierowie musieli wyznaczyć wielkie nagrody za ich schwytanie i że wskutek tego pustynia roi się zapewne od poszukujących. Jedyną na to radą byłoby skręcić jak najdalej na zachód; ale na zachodzie leżała wielka oaza Kharge, do której depesze mogły dojść także, a prócz tego, gdyby odjechali za daleko od rzeki, po kilku dniach zabrakłoby im wody i czekałaby ich śmierć z pragnienia.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.