lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 116

Staś dowiedział się od Kalego, że przed drugą porą dżdżystą, a więc w jesieni, niebezpiecznie jest nocować pod tymi palmami, albowiem dojrzałe wówczas, ogromne ich owoce obrywają się niespodzianie i spadają ze znacznej wysokości z taką siłą, że mogą zabić człowieka, a nawet i konia. Obecnie jednak owoce były dopiero w zawiązku, i z dala, zanim słońce zaszło, widać było pod koronami śmigające małe małpeczki, które w wesołych skokach uganiały się wzajem za sobą.
Staś wraz z Kalim przygotowali wielki zapas drzewa, tak aby starczyło go na całą noc, a ponieważ chwilami zrywały się silne podmuchy gorącego wiatru, więc wzmocnili zeribę kołkami, które młody Murzyn pozaostrzał mieczem Gebhra i pozatykał w ziemię. Ostrożność ta nie była wcale zbyteczna, gdyż silny wicher mógł porozrzucać kolczaste gałęzie, z których wzniesiona była zeriba i ułatwić napad drapieżnikom.
Jednakże zaraz po zachodzie słońca wiatr ustał, natomiast powietrze stało się parne i ciężkie. W przerwach między chmurami przeświecały z początku tu i ówdzie gwiazdy, ale następnie noc zapadła zupełnie czarna, tak że na krok nie było nic widać. Mali wędrowcy zgromadzili się przy ogniu, nasłuchując wrzasków i skrzeczenia małp, które w pobliskim lesie czyniły prawdziwy jarmark. Wtórowało im skomlenie szakali i rozmaite inne nieznane głosy, w których znać było niepokój i strach przed tym, co pod osłoną ciemności grozi w puszczy każdej żywej istocie.
Nagle zrobiło się cicho jak makiem siał, albowiem w mrocznych głębinach rozległo się stękanie lwa.
Konie, które pasły się opodal wśród młodej dżungli, poczęły zbliżać się do światła, podskakując na spętanych przednich nogach, waleczny zaś zwykle Saba zjeżył sierść i z wciśniętym ogonem tulił się do ludzi szukając widocznie ich opieki.
Stękanie rozległo się znowu — rzekłbyś, spod ziemi — głębokie, ciężkie, wysilone, jakby zwierz z trudnością wydobywał je ze swych potężnych płuc. Szło nisko nad ziemią, na przemian wzmagało się i cichło, przechodząc chwilami w głuche, ogromne, posępne jęki.
— Kali! dorzuć do ognia! — ozwał się Staś.
Murzyn dorzucił tak skwapliwie na ognisko naręcze gałęzi, że naprzód buchnęły całe snopy iskier, po czym dopiero strzelił w górę wysoki płomień.
— Stasiu, lew nas nie napadnie?… prawda? — szeptała Nel pociągając chłopca za rękaw.
— Nie. Nie napadnie. Patrz, jaka zeriba wysoka…
I mówiąc tak wierzył istotnie, że niebezpieczeństwo im nie grozi, ale lękał się o konie, które coraz bliżej cisnęły się do płotu i mogły go stratować.
Tymczasem stękanie przeszło w przeciągły grzmiący ryk, od którego truchleje wszelkie żywe stworzenie, a ludziom, nawet nie znającym trwogi, drgają tak nerwy, jak drgają szyby od dalekich strzałów armatnich.
Staś rzucił przelotne spojrzenie na Nel i widząc jej trzęsącą się bródkę i wilgotne oczy rzekł:
— Nie bój się! nie płacz!
A ona odpowiedziała tak samo jak niegdyś w pustyni:
— Ja nie chcę płakać… tylko mi się… oczy pocą! Oj!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia