lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 117

Ostatni wykrzyk wyrwał jej się z ust dlatego, że w tej chwili od strony lasu zagrzmiał drugi ryk jeszcze potężniejszy od pierwszego, bo bliższy. Konie poczęły wprost pchać się na zeribę i gdyby nie długie i twarde jak stal kolce akacjowych gałęzi, byłyby ją przełamały. Saba warczał i zarazem drżał jak liść, Kali zaś jął powtarzać przerywanym głosem:
— Panie! dwa! dwa!… dwa!…
A lwy, poczuwszy się wzajem, nie ustawały teraz ryczeć i straszliwy koncert trwał w ciemnościach ciągle, albowiem gdy jeden zwierz milknął, poczynał drugi. Staś nie mógł wkrótce rozpoznać, skąd dochodzą ich głosy, gdyż echo powtarzało je w wąwozie, skała odsyłała je skale, szły górą i dołem, napełniały las, dżunglę, nasycały całą ciemność grzmotem i trwogą.
Jedna tylko rzecz zdawała się chłopcu pewna, a mianowicie, że zbliżały się coraz bardziej. Kali zmiarkował również, że lwy obiegają obozowisko zataczając coraz mniejsze kręgi i że powstrzymywane od napadu tylko blaskiem płomienia wypowiadają rykiem swe niezadowolenie i obawę.
Widocznie jednak i on sądził, że niebezpieczeństwo grozi jedynie koniom, gdyż rozstawiwszy palce rzekł:
— Lwy zabić jeden, zabić dwa — nie wszystkie! nie wszystkie!…
— Dorzuć do ognia! — powtórzył Staś.
Buchnął znów żywszy płomień; ryki ustały nagle. Ale Kali podniósł głowę i patrząc w górę począł nasłuchiwać.
— Co tam? — zapytał Staś.
— Deszcz! — odrzekł Murzyn.
Staś nastawił z kolei uszu. Konary drzewa osłaniały namiot i całą zeribę, więc na ziemię nie spadła jeszcze żadna kropla, ale w górze słychać było szelest liści. Ponieważ parnego powietrza nie poruszał najmniejszy powiew, łatwo się było domyślić, że to deszcz poczyna szemrać w gęstwinie.
Szelest wzmagał się z każdą chwilą i po niejakim czasie dzieci ujrzały krople spływające z liści, podobne przy blasku ognia do wielkich, różowych pereł. Jak przepowiedział Kali, rozpoczynała się ulewa. Szelest zmienił się w szum. Spadało coraz więcej kropel, a wreszcie przez gęstwę poczęły przenikać całe sznurki wody.
Ognisko pociemniało. Próżno Kali dorzucał całe naręcza. Z wierzchu mokre gałęzie dymiły tylko, a od spodu syczały węgle — i płomień co się wzmógł, to przygasał.
— Gdy ulewa zaleje ogień, będzie nas broniła jeszcze zeriba — rzekł Staś dla uspokojenia Nel.
Po czym wprowadził dziewczynkę pod namiot i otulił ją pledem, ale sam wyszedł co prędzej, gdyż krótkie, urywane ryki ozwały się na nowo. Tym razem rozległy się one znacznie bliżej i brzmiała w nich jakby radość.
Ulewa potężniała z każdą chwilą. Deszcz dudnił po twardych liściach nabaku i pluskał. Gdyby ognisko nie było pod osłoną konarów, byłoby zgasło od razu, ale i tak unosił się nad nim przeważnie dym, wśród którego przebłyskiwały wąskie, błękitne płomyki. Kali dał za wygraną i nie dokładał więcej suszu. Natomiast, zarzuciwszy naokoło drzewa powróz, wspinał się za pomocą niego coraz wyżej po pniu.
— Co robisz? — zawołał Staś.
— Kali włazić na drzewo.
— Po co? — krzyknął chłopiec, oburzony samolubstwem Murzyna.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia