— Wiem. Następnie puściliście się tym wąwozem dalej, aż do rzeki. Otóż posłuchaj mnie: pokazuje się, że po przejściu Sobbatu z Sudanczykami skręciliście na południowy wschód, ale więcej na południe. Jesteście obecnie w okolicy nie znanej podróżnikom i geografom. Ta rzeka, nad którą się znajdujemy, dąży na północny zachód i wpada prawdopodobnie do Nilu. Mówię prawdopodobnie, bo sam dobrze nie wiem i przekonać się o tym już nie mogę, chociaż skręciłem od gór Karamojo dla zbadania jej źródeł. Od jeńców-derwiszów słyszałem po bitwie, że zowie się Ogeloguen, ale i oni nie byli pewni, gdyż w te okolice zapuszczają się tylko po niewolników. Zajmuje te w ogóle mało zamieszkane strony plemię Szylluk, ale obecnie kraj jest pusty, gdyż ludność częścią wymarła na ospę, częścią wymietli ją mahdyści, a częścią uciekła ku górom Karamojo. W Afryce nieraz się to zdarza, że kraj dziś gęsto osiadły — jutro staje się pustkowiem. Wedle moich obrachowań jesteście mniej więcej o trzysta kilometrów od Lado. Moglibyście uciekać na południe do Emina, ale ponieważ Emin sam jest prawdopodobnie oblężony przez derwiszów, więc nie ma o czym mówić…
— A do Abisynii? — zapytał Staś.
— Także około trzystu kilometrów. Pamiętać wszelako należy, że Mahdi wojuje z całym światem, a więc i z Abisynią. Wiem to również od jeńców, że na zachodniej i południowej granicy kręcą się większe lub mniejsze hordy derwiszów, więc łatwo moglibyście wpaść w ich ręce. Abisynia jest wprawdzie państwem chrześcijańskim, ale południowe, dzikie plemiona są albo pogańskie, albo wyznają islam — i z tego powodu sprzyjają po cichu Mahdiemu… Nie, tamtędy nie przejdziecie.
— Więc co ja mam począć i dokąd iść z Nel? — zapytał Staś.
— Mówiłem, że położenie jest ciężkie — rzekł Linde.
To rzekłszy założył obie ręce na głowę i długi czas leżał w milczeniu.
— Do oceanu — ozwał się wreszcie — będzie stąd przeszło dziewięćset kilometrów przez góry, przez dzikie ludy, a nawet przez pustynię, bo tam są podobno całe okolice, w których brak wody. Ale kraj należy nominalnie do Anglii. Można trafić na transporty kości słoniowej do Kismaja, do Lamu i do Mombassy — może na wyprawy misyjne… Zrozumiawszy, że z powodu derwiszów nie zdołam zbadać biegu tej rzeki, ponieważ skręca ona do Nilu, chciałem i ja iść na wschód, do oceanu…
— To wracajmy razem! — zawołał Staś.
— Ja już nie wrócę. Ndiri potargał mi tak muskuły i żyły, że musi przyjść zakażenie krwi. Tylko chirurg mógłby mnie uratować, gdyby mi odjął nogę. Teraz wszystko już zakrzepło i odrętwiało, ale pierwszego dnia gryzłem ręce z bólu…
— Pan wyzdrowieje z pewnością.
— Nie, mój dzielny chłopcze, ja umrę z pewnością, a ty mnie przykryjesz dobrze kamieniami, żeby hieny nie mogły mnie wygrzebać. Umarłemu to może wszystko jedno, ale za życia niemiło o tym myśleć… Ciężko umierać tak daleko od swoich…
Tu oczy zaszły mu jakby mgłą — po czym tak mówił dalej:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.