lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 177

Goryl leżał teraz w kałuży krwi, którą chłeptał Saba i która czerwieniła się na kłach Kinga — ogromny, z wywróconymi białkami oczu i z wyszczerzonymi kłami, straszny jeszcze, choć już nieżywy. Słoń trąbił tryumfalnie, a popielaty z przerażenia Nasibu opowiadał Stasiowi, co się stało. Ów namyślał się przez chwilę, czy nie sprowadzić Nel i nie pokazać jej potwornej małpy, ale porzucił ten zamiar, gdyż nagle ogarnął go strach.
Przecież Nel często chodziła sama po „wyspie”— więc ją także mogło coś podobnego spotkać.
Pokazało się zatem, że Góra Lindego nie jest tak bezpiecznym schronieniem, jak się z początku zdawało.
Staś wrócił do chaty i opowiedział Nel o wypadku, ona zaś słuchała z ciekawością i bojaźnią, otwierając szeroko oczy i powtarzając raz po raz:
— Widzisz, co by się stało bez Kinga?
— Prawda! — z taką nianią można się nie bać o dziecko, toteż póki nie wyjedziemy, nie wychodź ani na krok bez niego.
— A kiedy wyjedziemy?
— Zapasy przygotowane, ładunki rozdzielone, więc należy tylko objuczyć zwierzęta i możemy ruszać choćby jutro.
— Do tatusiów!
— Jeśli Bóg pozwoli — odpowiedział poważnie Staś.
ROZDZIAŁ XXXVII
Wyruszyli jednakże dopiero w kilka dni po tej rozmowie. Odjazd po krótkiej modlitwie, w której polecili się gorąco Bogu, nastąpił wraz ze świtem o godzinie szóstej rano. Na czele jechał konno Staś, poprzedzany tylko przez Sabę. Za nim kroczył poważnie King machając uszyma i niosąc na swym potężnym grzbiecie płócienny palankin, a w palankinie Nel wraz z Meą, następnie szły jeden za drugim konie Lindego, powiązane długim palmowym powrozem i niosące rozliczne ładunki, a pochód zamykał mały Nasibu na spasionym, również jak i on sam, ośle.
Z powodu wczesnej godziny upał nie dawał się zrazu zbytnio we znaki, choć dzień był pogodny i zza gór Karamojo wytoczyło się wspaniałe, nie przysłonięte żadną chmurką słońce. Ale powiew wschodni łagodził żar jego promieni. Chwilami wstawał nawet dość mocny wiatr, pod którego tchnieniem pokładały się trawy i cała dżungla falowała jak morze. Po obfitych deszczach wszelka roślinność wyrosła tak bujnie, że zwłaszcza w niższych miejscach chowały się w trawach nie tylko konie, ale nawet i King, tak że nad rozkołysaną zieloną powierzchnią widać było tylko biały palankin, który posuwał się naprzód jakby statek na jeziorze. Po godzinie drogi na niewielkiej suchej wyniosłości, wznoszącej się na wschód od Góry Lindego, trafili na olbrzymie osty, mające łodygi grubości pni drzewnych, a kwiaty tak wielkie jak głowa ludzka. Na zboczach niektórych wzgórz, które z daleka wydawały się jałowe, widzieli wrzosy wysokie na osiem metrów. Inne rośliny, które w Europie należą do najdrobniejszych, przybierały tu odpowiednie do ostów i wrzosów rozmiary, a olbrzymie pojedyncze drzewa wznoszące się nad dżunglą wyglądały istotnie jak kościoły. Szczególniej figowce, zwane daro, których płaczące gałęzie zetknąwszy się z ziemią zmieniają się w nowe pnie, pokrywały ogromne przestrzenie, tak że każde drzewo tworzyło jakby osobny gaj.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia