— Ale jeśli będzie wielki huk, to czy on się nie przelęknie?
— To niech się przelęknie! — odpowiedział żywo Staś. — To mnie najmniej obchodzi. Z tobą doprawdy nie warto poważnie mówić.
Jednakże mówił dalej, a raczej myślał dalej głośno:
— Ale jeżeli użyję za mało ładunków, to skała się nie rozpadnie i zmarnuję je na próżno; jeżeli w dostatecznej ilości, to nam ich niewiele zostanie. A gdyby ich zabrakło przed końcem drogi, wówczas grozi nam po prostu śmierć. Bo z czymże będę polował, czym cię bronił w razie jakiego napadu? Wiesz przecie dobrze, że gdyby nie ta strzelba i nie te naboje, to zginęlibyśmy od dawna albo z rąk Gebhra, albo z głodu. I szczęście to prawdziwe, że mamy konie, bo sami nie moglibyśmy unieść ani rzeczy, ani ładunków.
Na to Nel podniosła palec do góry i ozwała się z wielką pewnością:
— Jak ja Kingowi powiem, to King poniesie wszystko.
— Jakież ładunki poniesie, jeśli ich mało co zostanie?
— Będzie nas za to bronił…
— Ale nie będzie przecie strzelał ze swej trąby do zwierzyny tak jak ja ze sztucera.
— To możemy jeść figi i te duże dynie, co rosną na drzewach, a Kali nałapie zawsze ryb.
— Póki zostaniemy nad rzeką. Porę dżdżystą trzeba tu przeczekać, gdyż te ciągłe ulewy napędziłyby ci z pewnością febry. Pamiętaj jednak, że potem ruszamy w dalszą drogę i możemy trafić na pustynię.
— Taką jak Sahara? — zapytała z przestrachem Nel.
— Nie, taką jednak, na której nie ma rzek ani drzew owocowych, a rosną niskie akacje i mimozy. Tam można żyć tylko z tego, co się upoluje. King znajdzie tam trawę, a ja antylopy, ale jeśli nie będę miał czym do nich strzelać, to King ich nie nałapie.
I Staś miał rzeczywiście o co się troszczyć, gdyż obecnie, gdy słoń już się oswoił i poprzyjaźnił z nimi tak poczciwie, niepodobna było go porzucić i skazać na śmierć głodową; a uwolnić go, to znaczyło pozbawić się większej części amunicji i narazić samych siebie na nieuchronną zgubę.
Więc Staś odkładał robotę z dnia na dzień, powtarzając sobie co wieczór w duszy:
„Może jutro wynajdę jaki inny sposób.”
A tymczasem do tej troski przyłączyły się inne. Naprzód Kalego straszliwie pokąsały w dole rzeki dzikie pszczoły, do których doprowadził go znany w Afryce niewielki szarozielony ptak, zwany pszczołowodem. Czarnemu chłopakowi nie chciało się przez lenistwo podkurzyć ich dostatecznie, wrócił więc z miodem, ale skłuty i spuchnięty tak, że w godzinę później stracił przytomność. Dobre Mzimu wyciągało z niego aż do wieczora, przy pomocy Mei, żądła a potem okładało go ziemią, którą Staś polewał wodą. Jednakże nad ranem zdawało się, że biedny Murzyn kona. Na szczęście starania i silny organizm przemogły niebezpieczeństwo — zdrowie jednak odzyskał dopiero po upływie dni dziesięciu.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.