lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 73

— Jutro przeprowadzisz nas do Omdurmanu?
— Tak jest. Chartum z rozkazu proroka ma być opuszczone i mało kto tam już mieszka. Burzą teraz co większe domy i cegłę wywożą wraz z innymi łupami do Omdurmanu. Prorok nie chce mieszkać w mieście splamionym przez niewiernych.
— Uderzę mu jutro czołem, a on każe zaopatrzyć mnie w żywność i obroki.
— Ha! jeśli naprawdę należysz do Dangalów, to może będziesz dopuszczony przed jego oblicze. Ale wiedz o tym, że domu jego strzeże dzień i noc stu ludzi zaopatrzonych w korbacze i ci nie żałują razów tym, którzy by chcieli wejść bez pozwolenia do Mahdiego. Inaczej tłumy nie dałyby świętemu mężowi ani chwili wypoczynku… Allach! widziałem nawet i Dangalów z krwawymi pręgami na plecach.
Idrysa z każdą chwilą ogarniało większe rozczarowanie.
— Więc wierni — zapytał — nie widują proroka?
— Wierni widują go co dzień na placu modlitwy, gdy klęcząc na owczej skórze wznosi ręce do Boga lub gdy naucza tłumy i utrwala je w prawdziwej wierze.
Ale dostać się do niego i mówić z nim jest trudno — i kto dostąpi tego szczęścia, wszyscy zazdroszczą mu, albowiem spływa na niego łaska boża, która gładzi poprzednie jego grzechy.
Zapadła głęboka noc, a z nią razem przyszedł i dojmujący chłód. W szeregach rozległo się parskanie koni, a przeskok od dziennego upału do zimna był tak mocny, że skóry rumaków poczęły dymić i oddział jechał jak we mgle. Staś pochylił się zza Idrysa ku Nel i zapytał:
— Nie zimno ci?
— Nie — odpowiedziała dziewczynka — ale… już nas nikt nie obroni…
I łzy stłumiły dalsze jej słowa.
Staś nie znalazł tym razem dla niej żadnej pociechy, bo i sam był przekonany, że nie masz dla nich ratunku. Oto wjechali w krainę nędzy, głodu, zwierzęcych okrucieństw i krwi. Byli jak dwa listki marne wśród burzy, która niosła śmierć i zniszczenie nie tylko pojedynczym głowom ludzkim, ale całym grodom i całym plemionom. Jakaż ręka mogła wyrwać z niej i ocalić dwoje małych, bezbronnych dzieci?
Księżyc wytoczył się wysoko na niebo i zmienił jakby w srebrne pióra gałązki mimozy i akacyj. W gęstych dżunglach rozlegał się tu i ówdzie przeraźliwy, a zarazem jakby radosny śmiech hien, które w tej krwawej krainie znajdowały aż nadto ludzkich trupów. Kiedy niekiedy oddział wiodący karawanę spotykał się z innymi patrolami i zamieniał z nimi umówione hasło. Przybyli wreszcie do wzgórz nadbrzeżnych i długim wąwozem dotarli do Nilu. Ludzie, konie i wielbłądy weszli na szerokie i płaskie dahabije i wkrótce ciężkie wiosła jęły miarowym ruchem rozbijać i łamać gładką toń rzeki usianą diamentami gwiazd.
Po upływie pół godziny w południowej stronie, w którą płynęły pod wodę dahabije, zabłysły światła, które, w miarę jak statki zbliżały się ku nim, zmieniały się w snopy czerwonego blasku leżące na wodzie. Nur-el-Tadhil trącił Idrysa w ramię, po czym wyciągnąwszy przed siebie rękę rzekł:
— Chartum!
ROZDZIAŁ XVI
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia