lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 76

Dzieci odetchnęły w czasie przewozu. Staś pocieszał Nel, że gdy derwisze oswoją się z ich widokiem, wówczas przestaną im grozić — i zapewniał, że Smain będzie ich oboje, a zwłaszcza ją, ochraniał i bronił, albowiem gdyby stało im się co złego, to nie miałby kogo oddać za swoje potomstwo. Była to prawda, ale dziewczynkę tak przeraziły poprzednie napaści, że chwyciwszy rękę Stasia nie chciała ani na chwilę jej puścić, powtarzając ciągle jakby w gorączce: „Boję się! Boję się!” On życzył sobie istotnie z całej duszy, by jak najprędzej dostali się w ręce Smaina, który znał ich od dawna i który w Port-Saidzie okazywał im wielką przyjaźń albo przynajmniej ją udawał. W każdym razie nie był to człowiek tak dziki jak inni Sudańczycy Dangalowie i niewola w jego domu mogła być znośniejsza…
Chodziło tylko o to, czy go znajdą w Omdurmanie. O tym samym rozmawiał Idrys z Nur-el-Tadhilem, gdyż ów przypomniał sobie wreszcie, że przed rokiem, bawiąc z polecenia kalifa Abdullahi daleko od Chartumu, w Kordofanie, słyszał o jakimś Smainie, który uczył derwiszów strzelać z armat zdobytych na Egipcjanach, a potem stał się wielkim łowcą niewolników. Nur wskazywał Idrysowi następny sposób odnalezienia emira:
— Gdy usłyszysz po południu głos umbaji, bądź wraz z dziećmi na placu modlitwy, na który prorok udaje się codziennie, by budować wiernych przykładem pobożności i utwierdzać ich w wierze. Tam prócz świętej osoby Mahdiego zobaczysz wszystkich „szlachetnych”, a także trzech kalifów oraz paszów i emirów; między emirami odnajdziesz Smaina.
— A co mam czynić i gdzie się podziać aż do czasu południowej modlitwy?
— Zostaniesz między mymi żołnierzami.
— A ty, Nur-el-Tadhilu, opuścisz nas?
— Ja udam się po rozkazy do kalifa Abdullahiego.
— Czy to największy z kalifów? Przybywam z daleka i jakkolwiek imiona wodzów obijały się o moje uszy, jednakże ty dopiero możesz mnie pouczyć o nich dokładniej.
— Abdullahi, mój wódz, to miecz Mahdiego.
— Niech Allach uczyni go synem zwycięstwa.
Przez czas jakiś łodzie płynęły w milczeniu. Słychać było tylko chrobot wioseł o brzegi łodzi, a niekiedy plusk wody uderzonej ogonem krokodyla. Dużo tych strasznych płazów napłynęło z południa aż pod Chartum, gdzie znalazły obfite pożywienie, albowiem rzeka roiła się od trupów nie tylko ludzi pomordowanych po zdobyciu miasta, ale i zmarłych z chorób grasujących wśród mahdystów, a szczególniej wśród ich niewolników. Rozkazy kalifów zabraniały wprawdzie „psuć wody” — ale nie baczono na nie, i ciała, których nie zdołały pożreć krokodyle, płynęły z wodą twarzami na dół do szóstej katarakty i nawet dalej, aż na Berber.
Ale Idrys myślał teraz o czym innym i po chwili znów rzekł:
— Dzisiejszego rana nie dostaliśmy nic do zjedzenia. Zali wytrzymamy do godziny modlitw o głodzie — i kto nas później pożywi?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia