lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 228

Latawiec ten, z rzędu pięćdziesiąty czwarty, puszczony jest z gór otaczających nieznane w geografii jezioro. Kto go znajdzie, niech da znać do Zarządu Kanału w Port-Saidzie albo do kapitana Glena w Mombassa.Stanisław Tarkowski
Gdy głos kapitana przebrzmiał, dwaj przyjaciele poczęli spoglądać na siebie w milczeniu.
— Co to jest? — zapytał wreszcie doktor Clary.
— Oczom nie wierzę! — odpowiedział kapitan.
— To przecież nie złudzenie?
— Nie.
— Wyraźnie napisano: „Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski.”
— Jak najwyraźniej…
— I oni mogą być gdzieś w tych stronach?
— Bóg ich uratował, a więc prawdopodobnie.
— Dzięki Mu za to! — zawołał z zapałem doktor.
— Ale gdzie ich szukać?
— Czy nie ma nic więcej na latawcu?
— Jest jeszcze kilka słów, ale w miejscu rozdartym przez gałęzie. Trudno odczytać.
Obaj pochylili głowy nad arkuszem i po dłuższym dopiero badaniu zdołali przesylabizować:
Pora dżdżysta dawno minęła.
— Co to ma znaczyć? — zapytał doktor.
— To, że chłopiec stracił rachubę czasu.
— I w ten sposób chciał mniej więcej oznaczyć datę. Masz słuszność! A zatem ten latawiec mógł być puszczony niezbyt dawno.
— Jeśli tak jest, to i oni mogą być niezbyt daleko.
Gorączkowa urywana rozmowa trwała jeszcze przez chwilę, po czym obaj zaczęli znów badać dokument i rozprawiać osobno nad każdym wypisanym na nim słowem. Rzecz wydawała się jednak tak nieprawdopodobna, że gdyby to nie działo się w stronach, w których nie było wcale Europejczyków, o sześćset przeszło kilometrów od najbliższego pobrzeża, doktor i kapitan przypuszczaliby, że to chyba niewczesny żart, którego dopuściły się jakieś dzieci europejskie po przeczytaniu dzienników opisujących porwanie albo wychowańcy jakiejś misji. Trudno jednak było oczom nie wierzyć: mieli przecie latawca w ręku i mało zatarte napisy czerniały przed nimi wyraźnie.
Ale i tak wiele rzeczy nie mieściło im się w głowie. Skąd dzieci wzięły papieru na latawce? Gdyby dostarczyła im go jaka karawana, w takim razie przyłączyłyby się do niej i nie wzywałyby pomocy. Z jakich powodów chłopiec nie starał się uciec wraz z małą towarzyszką do Abisynii? Dlaczego derwisze wysłali ich na wschód od Nilu, w strony nieznane? Jakim sposobem zdołały się wyrwać z rąk straży? Gdzie się ukryły? Jakim cudem przez długie miesiące podróży nie pomarły z głodu? nie stały się łupem dzikich zwierząt? dlaczego nie pomordowali ich dzicy? Na te wszystkie pytania nie było odpowiedzi.
— Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem — powtarzał doktor Clary — to chyba cud boski!
— Niezawodnie — odpowiedział kapitan.
Po czym dodał:
— Ależ i ten chłopak! Bo to przecie jego dzieło.
— I nie opuścił małej. Niech Bóg błogosławi jego głowę i oczy.
— Stanley, nawet Stanley nie wyżyłby w tych warunkach przez trzy dni.
— A jednak oni żyją.
— Ale proszą o pomoc. Postój skończony! Ruszamy natychmiast.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia